poniedziałek, 30 grudnia 2013

Syrop z agawy - zwycięstwo marketingu nad prawdą

Nie wiem jak Wy, ale ja po tygodniu świątecznego lenistwa i przed noworocznym lenistwem zajęłam się pracą. A pomiędzy świątecznymi specjałami i przymusowymi z tego powodu wizytami w sklepach spożywczych przyszedł mi do głowy temat na dzisiejszy post dla Was. 
 
Na półkach z tzw. zdrową żywnością natrafiłam wiele razy na produkty, które nie zawierają cukru (jak zapewnia producent), a są zamiast tego słodzone syropem z agawy. Wiele razy też spotkałam się ze stwierdzeniem, że coś jest zdrowe bo jest słodzone syropem z agawy oraz z tym, że wiele osób poszukuje w sklepach ze zdrową żywnością syropu z agawy.
Agawa, wcześniej znana głównie za sprawą tequili, obecnie stała się alternatywą dla poszukujących słodkiego smaku wolnego od cukru. Zastanawiam się, czy dość powszechne przekonanie o bliżej nieokreślonej niezwykłości tego produktu, oraz o jego równie bliżej nieokreślonych właściwościach zdrowotnych jest wyłącznie efektem jakiejś dziwnej filozofii, że "to co brzmi egzotycznie na pewno jest dobre", ewentualnie "skoro to coś nowego to na pewno jest dobre", czy też może czegoś innego. I stawiam na to "coś innego", które jest niczym innym jak sukcesem działań marketingowych producentów tego specyfiku.
 
Dlaczego syrop z agawy, który przecież brzmi prawie tak samo jak sok (w domyśle świeży) z agawy jest w moim odczuciu taki straszny?
 
Sok do produkcji syropu z agawy nie jest uzyskiwany, jak się większości osób wydaje, z jej mięsistych bogatych w wodę liści. Źródłem soku jest korzeń agawy, przypominająca swym wyglądem ogromny ananas i podobnie jak ananas jest on bardzo bogaty w fruktozę. Fruktoza w korzeniu agawy występuje w postaci cukru złożonego o nazwie inulina. Po wyciśnięciu soku z łodygi jest on filtrowany, a następnie podgrzewany w celu uwolnienia fruktozy z inuliny. W zależności od tego jak wysoką temperaturę zastosowano uzyskuje się syrop o zawartości fruktozy od 55 do 90%, co stawia go na równi z syropem wysokofruktozowym z kukurydzy (HFCS), którego, jak wiemy, powinniśmy unikać. Również proces produkcji syropu z agawy przypomina proces produkcji syropu wysokofruktozowego, w którym stosuje się wysoką temperaturę w celu uwolnienia cukrów prostych z obecnej w kukurydzy skrobi. W związku z tym wbrew pozorom, a nawet zapewnieniom producentów żywności syrop z agawy nie jest ani produktem niskokalorycznym, ani o niskim indeksie glikemicznym. Wysoka zawartość fruktozy zarówno stanowi zagrożenie dla naszej gospodarki insulinowej, jak i powoduje zwiększoną produkcję trójglicerydów.
O ile zjadając owoce bogate w fruktozę, oprócz fruktozy mamy w nich wiele składników odżywczych takich, jak witaminy, minerały enzymy, które częściowo przynajmniej zmniejszają negatywne działanie fruktozy w naszym organizmie,  o tyle syrop z agawy w wyniku podgrzewania jest ich w większości pozbawiony.
 
Jednak wysoka zawartość fruktozy w syropie z agawy to nie jedyna jego ciemna strona.
 
Pierwotnie jako źródło syropu z agawy wykorzystywano wyłącznie tzw. niebieską agawę. Z powodu coraz większych trudności z jej zdobyciem (do produkcji syropu używa się około 10-cioletnie rośliny, potrzeba więc czasu by wyrosły) stosuje się również inne gatunki agawy, nawet takie, które są trujące dla człowieka.
Ponadto, w uprawach agawy (bo pochodzi ona z upraw, a nie z fantazyjnych dzikich jarów widniejących na butelkach syropu)  stosuje się ogromne ilości pestycydów, które obecne są również w syropie.
W trakcie produkcji syropu stosuje się wiele substancji chemicznych, wybielaczy, kwasów, jak również genetycznie modyfikowane enzymy.
Teoretycznie substancje zaklasyfikowane jako szkodliwe dla zdrowia nie powinny znaleźć się w końcowym produkcie trafiającym na nasze półki. Ściślej mówiąc, ich ilość w tym produkcie nie powinna przekraczać uznanego za dopuszczalny poziomu. Prawda, że już to brzmi niepokojąco? W praktyce, podobnie jak w przypadku innej żywności, wiele trafiających na rynek produktów zawiera wyższe od tych przyjętych za dopuszczalne poziomy toksyn i funkcjonuje w sprzedaży tak długo, dopóki ktoś ich nie skontroluje.
 
Reasumując więc, syrop agawy nie ma nic wspólnego z naturalną zdrową żywnością. To po prostu wyprodukowany w fabryce produkt.
 
Literatura:
- LeBlanc i inni (2009). Formation of hydroxymethylfurfural in domestic high-fructose corn syrup and its toxicity to the honey bee (Apis mellifera). J Agric Food Chem 57:7369-76
- Method of producing fructose syrup from agave plants.
http://www.patentstorm.us/patents/5846333/fulltext.html
 
 
Na fotografii przyprószony śniegiem zimowy las.
Do posłuchania "klasyk" - Dire Straits, Ticket to heaven.
 
 

środa, 18 grudnia 2013

Witamina C ale jaka?

Pomysł na dzisiejszy post przyszedł mi do głowy tym razem, gdy tydzień temu przyrównałam wprowadzanie nas w błąd przez producentów sztucznego słodzika informacją o rzekomo naturalnym pochodzeniu (sukralozy) i producentów preparatów z "naturalną" witaminą C, które zawierają jej jedynie odrobinę.
 
Witamina C jest najpopularniejszą z wszystkich witamin. Generalnie wszyscy wiemy, że jest potrzebna i ważna. Każdy z nas sam wiele razy ją zażywał. Opowieści o marynarzach na statkach, którym wypadały zęby z powodu wywołanego długotrwałym brakiem w pożywieniu witaminy C gnilcem (czyli szkorbutem) znają nawet dzieci. Niektórzy są nawet świadomi tego, że wśród zwierząt wyróżniamy się (do kompletu z świnkami morskimi i małpami) tym, że nasz organizm nie potrafi produkować tej witaminy.
 
Dobroczynne działania przypisywane witaminie C są bardzo rozległe. Wiadomo, że stymuluje układ odpornościowy. Jest potrzebna do syntezy kolagenu, a tym samym utrzymania w dobrym stanie naszych chrząstek, skóry i całej tkanki łącznej. Jest antyoksydantem - usuwa wolne rodniki i wygasza tzw. tlen singletowy (choć nie tak skutecznie jak np. astaksantyna). Badania naukowe pokazują również, że odgrywa rolę w zwalczaniu chronicznego stresu poprzez obniżanie poziomu hormonu stresu - kortyzolu. Zapobiega chorobom serca i miażdżycy. Uważa się, że pomaga zwalczać kamienie w pęcherzyku żółciowym.
 
To przykłady, lista jest długa. Ale ja dzisiaj nie o tym.
 
Czy macie świadomość tego, że zjeść kwas askorbinowy w tabletce to nie to samo, co zjeść witaminę C i jak duża to różnica? I nie chodzi tylko o gorszą tzw. biodostępność witamin w tabletkach.
 
Jednym z przykładów zalet witaminy C jest jej duża efektywność w zabijaniu bakterii. Czyni ją to dobrym narzędziem w zwalczaniu infekcji. Niestety jednak w tej materii różnica pomiędzy syntetycznym kwasem askorbinowym, a naturalną witaminą C jest bardzo znacząca i istotna. Bakteriobójcze działanie wykazuje zarówno naturalna witamina C, jak i syntetyczny kwas askorbinowy. Jednak syntetyk, w przeciwieństwie do naturalnej witaminy C, zabija również bakterie probiotyczne w naszych jelitach. Coś Wam to przypomina? Tak - różnicę pomiędzy antybiotykami wytwarzanymi przez nasz organizm, a podawanymi nam doustnie lub dożylnie. Bakterie probiotyczne są niezwykle ważnym składnikiem naszej samoobrony przed infekcjami, również infekcjami górnych dróg oddechowych. Paradoksalnie więc zażywając syntetyczny kwas askorbinowy z jednej strony zwalczamy infekcje, a z drugiej obniżamy swoją naturalną odporność. Badania kochortowe (na dużych grupach ludzi) pokazują, że kwas askorbinowy zażywany w trakcie infekcji powoduje jej skrócenie, jednak długotrwała suplementacja kwasem askorbinowym nie zmniejsza ryzyka zachorowania na infekcję.
 
Dlaczego tak jest?
 
Wyprodukowany w fabryce i zapakowany w tabletkę kwas askorbinowy jest niesłusznie nazywany witaminą C, bo na pewno nie jest tą samą substancją, która jest obecna w przyrodzie. Kwas askorbinowy to jedynie część naturalnej witaminy C. Witamina C obecna w naturalnych źródłach oprócz kwasu askorbinowego zawiera również tzw. czynniki K, P i J, rutynę i inne bioflawonoidy, tyrozynazę i askorbinogen. Znaczenie ma nie tylko fakt współistnienia tych składników ale również ich stosunek do siebie i to, jak są ze sobą związane. Dlatego też dodanie rutyny do syntetycznego kwasu askorbinowego nadal nie sprawia, że mamy do czynienia z witaminą C.
Każdy ze składników naturalnej witaminy C ma odmienny efekt na nasze komórki i dopiero działanie kompleksu tych składników, który występuje w naturze ma szansę przynieść wszystkie opisywane dla witaminy C korzyści. Tzw. czynnik P odpowiedzialny jest za pozytywny wpływ witaminy C na zdrowie naszych tętnic. Czynnik J odpowiedzialny jest poprawę pojemności czerwonych krwinek dla tlenu. Z kolei tyrozynaza jest enzymem, który jest odpowiedzialny za poprawę efektywności białych krwinek w zwalczaniu patogenów. Można powiedzieć, że sam kwas askorbinowy w naturalnej witaminie C, jako antyutleniacz, ma charakter ochronnej otoczki, zabezpieczającej te cenne składniki przed niekorzystnym działaniem wolnych rodników.
 
Na pewno wiele osób słyszało o Linus'ie Pauling'u, który wsławił się badaniami nad witaminą C, a właściwie nad megadawkami kwasu askorbinowego. Otrzymał nawet Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii (a nie medycyny czy biologii, żeby była jasność). Teorie Pauling'a znacząco wpłynęły na podejście świata nauki i medycyny do kwasu askorbinowego. Jedna z tych teorii dotyczy leczniczego działania wysokich dawek kwasu askorbinowego w zwalczaniu nowotworów.
Mnie osobiście nie podoba się jednak, że we wszystkich opracowaniach promujących teorie Pauling'a pomija się fakt, że przyczyną jego śmierci był właśnie rak...
 
Na koniec więc nie powiem nic odkrywczego pewnie, ale powiem to: lubię to, co naturalne. Jeśli tylko się da, naturalne właśnie stosuję :-)
 
Literatura:
- Douglas i inni (2000). Vitamin C for preventing and treating the common cold. Cochrane Database Syst Rev 2:CD000980.
- Xu i inni (2001). The bactericidal effect and chemical reactions of acidified nitrite under conditions simulating the stomach. Journal of Applied Microbiology 90:523-529.
 
 
To ostatni mój post przed Świętami. Do napisania i przeczytania po Świętach. Po całym roku bieganiny czas wreszcie się zatrzymać i Wam też radzę to zrobić :-) Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam oczywiście zdrowia, bo jeśli mamy zdrowie to możemy wszystko :-)
Fotka z śniegiem na Święta, niestety nie tegorocznym. A do posłuchania piosenka świąteczna, która w swoim przekazie, jak do tej pory nie ma sobie równej - John Lennon, Happy Christmas.
 
 
 
 
Powiązane posty:
Czy twoje witaminy są bezpieczne dla zdrowia?

wtorek, 10 grudnia 2013

Słodzik - najlepszy "przyjaciel" dietetyków

Mimo rosnącej świadomości prozdrowotnej w naszym kraju nadal jednak często spotykam się z niewiedzą, że tzw. słodziki szkodzą nam, a czasem nawet z fałszywym przekonaniem, że są zdrowe.
 
"Dlaczego pijesz Coca-colę light?" - "Bo nie zawiera cukru, a ja dbam o zdrowie". Sami wiele razy to słyszeliście, prawda? A może i nawet sami tak odpowiedzieliście ...
Co gorsza, gotowe produkty stosowane w przeróżnych odchudzających programach dietetycznych (zupy w proszku, tzw. nutridrinki, batony itp.), niejednokrotnie stosowane w leczeniu otyłości również przez lekarzy, jako substancje słodzące zawierają właśnie słodziki.
 
Dzisiaj więc będzie mowa o słodzikach. Przyda się nawet tym, dla których to nie nowość - będziecie mieli konkretne argumenty, gdy następnym razem w odpowiedzi na Wasze wybrzydzanie nad słodzikiem ktoś będzie się stukał w głowę ;-)
 
Słodzik - czyli co?
 
Mowa oczywiście o syntetycznych słodzikach, czyli otrzymywanych chemicznie substancjach mających słodki smak. Popularne syntetyczne słodziki to aspartam i sukraloza.
 
O ile aspartam kojarzy się nam dość jednoznacznie, o tyle sukraloza brzmi zwodniczo. Nazwa ta kojarzy się nam z sacharozą i zapewne dlatego mimowolnie nasuwa się odczucie, że jest bezpieczna. W dodatku w sloganach reklamowych tego produktu używa się stwierdzeń "wyprodukowana z cukru", czyli z czegoś co kojarzymy jako  niezdrowy wprawdzie, ale jednak naturalny produkt. I rzeczywiście sukraloza jest produkowana z sacharozy (nasz "cukier w cukierniczce"), co nie zmienia faktu, że jest syntetyczną substancją chemiczną. To zresztą nie jedyny przykład takiej małej "gry słów" wprowadzającej konsumenta w błąd. Inny przykład to fruktoza - cukier owocowy, więc (w domyśle) zapewne zdrowy, bo z owoców, a w rzeczywistości uzyskiwany z kukurydzy, w dodatku wysokoprzetworzony. W efekcie w syropie wysokofruktozowym niejednokrotnie stwierdza się przekroczone poziomy rtęci, a w fruktozie krystalicznej - arsenu i ołowiu. Innym przykładem manipulowania faktami są tabletki z "witaminą C z aceroli/dzikiej róży", które w rzeczywistości zawierają syntetyczny kwas askorbinowy i jedynie niewielki dodatek aceroli/dzikiej róży.
 
To, że aspartam i sukraloza nie są zdrową i w pełni bezpieczną alternatywą dla cukru jest już dość powszechnie i od długiego czasu wiadome. Tym bardziej zastanawia wszędobylskość tych substancji nawet w tzw. zdrowych produktach. Wprawdzie to, co powstaje przy spalaniu papierosa też zdrowe nie jest, a mimo to papierosy można kupić na przysłowiowym "każdym rogu". Jednak na opakowaniach papierosów mamy wyraźne i łatwe do zauważenia (dużymi literami i w widocznym miejscu) ostrzeżenie o ich szkodliwości. Takie samo powinno być na produktach "light", czyli słodzonych syntetycznymi słodzikami.
 
Dlaczego aż tak ostre stwierdzenie?
 
Oto argumenty.
 
W 2010 roku naukowcy  z niezależnego ośrodka badań nad rakiem (Cesare Maltoni Cancer Research Center) z Bolonii opublikowali wyniki badań, które już kolejny raz potwierdziły, że aspartam jest substancją rakotwórczą [1]. Badania te prowadzone były na szczurach. Szczurom podawano aspartam w ilości odpowiadającej 20 mg/kg masy ciała. Ilość ta jest dużo mniejsza niż określona przepisami dzienna dopuszczalna dawka bezpieczna dla człowieka. U zwierząt rozwijały się między innymi nowotwory układu limfatycznego, krwi, wątroby, płuc i prostaty.
Oczywiste jest, że ze względów etycznych tego typu badania prowadzone są na zwierzętach. Niestety fakt ten jest bardzo często wykorzystywany do umniejszania wartości takich badań - poddaje się pod wątpliwość wysuwanie wniosków na temat wpływu substancji na zdrowie człowieka, na podstawie wpływu na zdrowie zwierząt.
Niezwykle interesujący jest jednak fakt, że o ile wątpliwość taka pojawia się w przypadku substancji, których wykorzystanie i handel może przynieść korzyści finansowe, o tyle bardzo chętnie jako pewne w odniesieniu do człowieka przyjmuje się wyniki badań dotyczące rzekomej szkodliwości cholesterolu prowadzone na królikach. Przy czym wydaje się (przynajmniej mnie) dużo bardziej prawdopodobne, że substancja chemiczna szkodząca szczurom zaszkodzi też ludziom niż to, że istnieje jakikolwiek związek pomiędzy wpływem wysokich dawek cholesterolu w żywności na zdrowie wszystkożernego człowieka i zdrowie roślinożernego królika, który w naturze cholesterolu nie jada nigdy.
 
Inne badania naukowe z kolei pokazują, że syntetyczne słodziki stosowane przez kobiety w ciąży zwiększają ryzyko przedwczesnego porodu [2]. Te badania mają charakter badań kohortowych czyli obserwacyjnych, przeprowadzono je w Danii na ponad 59 tysiącach ciężarnych kobiet. Badania te pokazały, że codzienne stosowanie napojów zawierających sztuczne słodziki zwiększa ryzyko przedwczesnego porodu aż o 78%. Wiele innych badań pokazuje, że tak samo jak zaleca się kobietom w ciąży unikanie alkoholu i dymu papierosowego, powinno się zalecać unikanie aspartamu, który zwiększa ryzyko uszkodzeń neurologicznych u płodu [3].
 
Badania pokazują również związek słodzików z powstawaniem guzów mózgu. Słodziki mogą także wywoływać takie objawy neurologiczne, jak ból głowy, nudności, utrata pamięci, depresja, rozdrażnienie, zaburzenia snu, zmęczenie czy nawet halucynacje [4].
 
Jakby tego było mało, syntetyczne słodziki sprzyjają otyłości i cukrzycy [5]. Brzmi jak kiepski żart, prawda? W końcu są stosowane jako zamiennik cukru w celu zapobiegania otyłości. Jak to możliwe?
Aspartam w 90% składa się z fenyloalaniny i kwasu asparaginowego. Obie te substancje znane są z tego, że stymulują gwałtowne uwalnianie do krwi dwóch ważnych hormonów - insuliny i leptyny. Zaburzenia poziomów tych hormonów, a w szczególności gwałtowne skoki ich poziomu w krwi, prowadzą do zaburzeń metabolizmu i rozchwiania ośrodków regulacji odczucia sytości i głodu  w mózgu. W efekcie sprzyjają one rozwojowi i pogorszeniu cukrzycy oraz przyrostowi wagi.
 
 
No cóż, to nie pierwszy raz, gdy groźna dla zdrowia substancja chemiczna jest dopuszczona do obrotu jako składnik żywności, więc informacje te właściwie nie dziwią, a decyzja należy do Was ...
 
 
Literatura:
[1]. Soffritti i inni (2010). Aspartame administered in feed, beginning prenatally through life span, induces cancers of the liver and lung in male Swiss mice. Am J Ind Med 53:1197-206.
[2]. Halldorsson i inni (2010). Intake of artificially sweetened soft drinks and risk of preterm delivery: a prospective cohort study in 59,334 Danish pregnant women. Am J Clin Nutr 92:626-33.
[3]. Humphries i inni (2008). Direct and indirect cellular effects of aspartame on the brain. European Journal of Clinical Nutrition 62:451-462.
[4]. Iyyaswamy, Rathinasamy (2012). Effect of chronic exposure to aspartame on oxidative stress in the brain of albino rats. J Biosci 37:679-688.
[5]. Tordoff, Alleva (990). Oral stimulation with aspartame increases hunger, Physiology & Behavior March 47:555-9.
 
 
 
Na fotografii ponownie przepiękny zimowy Bałtyk.
Do posłuchania Ivy - I'll be near you z filmu "Sezon na słówka".
 
 
 
 
Powiązane posty:
Syrop z agawy
Stewia
Kto jest kim w tej "słodkiej bajce"
 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Czy twoje witaminy są bezpieczne dla zdrowia?

Aż trudno uwierzyć, że to już grudzień. W tym tygodniu Barbórka i Mikołaj, a za chwilę Boże Narodzenia. Nie wiem jak u Was, ale u mnie grudzień nadszedł jakoś tak ... niepostrzeżenie. Temperatury wprawdzie nadal powyżej zera, ale nie ma wątpliwości, że dla roślinności zaczął się okres "zimowego snu". Dla warzyw też. Na straganach zagościły warzywa i owoce z mniej lub bardziej dalekich stron świata lub ze szklarni. Kupując je zastanawiamy się czy to na pewno ma sens i czy nie lepiej w tym okresie skorzystać z "tabletkowego" źródła witamin. Z tą myślą odwiedzamy apteki i zaopatrujemy się w przeróżne preparaty multiwitaminowe.
 
Czy to jest jednak dobre wyjście?
 
Myślę, że nie macie wątpliwości co do tego, że syntetyczne witaminy to nie to samo co naturalne, oraz że witaminy w żywności nie występują w takich zestawach, jak w tabletkach. Myślę też, że przychodzi Wam do głowy, że witaminy syntetyczne nie są tak skuteczne, jak te naturalne.
 
Ale czy pomyśleliście, że w zażywanych przez Was preparatach witaminowych są składniki, które mogą być wręcz szkodliwe dla zdrowia?
 
Mowa o związkach selenu (selenian i selenit sodu), które oficjalnie zostały uznane przez amerykańską Agencję Ochrony Środowiska (EPA) i Unię Europejską jako substancje niebezpieczne i toksyczne. Mimo to są one powszechnie stosowane jako źródło selenu w preparatach multiwitaminowych masowej produkcji, które zapełniają półki naszych aptek.
 
Zgodnie z zarządzeniem EPA w wodzie pitnej nie dopuszcza się więcej niż 50 ppb wspomnianych związków selenu. Czy wiecie ile to 50 ppb? Skrót "ppb" to z angielskiego "parts per billion" czyli po polsku "części na miliard". 50 ppb odpowiada 50 mikrogramom na litr. Mówiąc obrazowo to tyle, co łyżka wody w olimpijskim basenie. Tyle wolno.
Ale ile mamy tych substancji w naszych multiwitaminach?
 
EPA miała powody, by wydać takie zarządzenie. Szereg badań naukowych wskazuje, że selenian sodu i selenit sodu są substancjami rakotwórczymi oraz powodują zaburzenia płodności i zaburzenia rozwojowe u zwierząt i ludzi. Równocześnie w literaturze można znaleźć wiele badań wskazujących, że substancje te ze względu na swoje cytotoksyczne (trujące dla komórek) właściwości potencjalnie mogą być stosowane w leczeniu raka jako ... chemioterapeutyki (substancje zabijające komórki, nie tylko raka ...). Można zadawać sobie pytanie kiedy (przy jakiej ilości tych substancji) dochodzi do zablokowania detoksyfikacyjnych zdolności naszego organizmu i zaczynają one wyrządzać szkody. Tak naprawdę jednak chodzi o to, że selen w takiej formie nie występuje w żywych organizmach i nie powinien występować w żywności również w postaci tzw. suplementu diety. 
 
Dlaczego nieorganiczny selen trafia do suplementów diety? Proste. Bo jest tańszy niż ten organiczny (np. z drożdży lub brokułów). Można go wyprodukować z odpadów.
A dlaczego nieorganiczny selen trafia do suplementów diety mimo, że jest groźny dla naszego zdrowia? Starożytni rzymianie zapewne rzekliby "pecunia non olet" ("pieniądze nie śmierdzą") ...
 
Sprawdziłam składy niektórych preparatów i znalazłam selenian/selenit sodu tu: CENTRUM (wszystkie z tej serii, producent WYETH LEDERLE OTC), Witamin i minerały PRODIAB (producent BIOTON), BODYMAX plus (producent AXELLUS A/S), OLIMP Vita-Min Plus (producent OLIMP LABORATORIES).
To, że jakiegoś preparatu powyżej nie wymieniłam nie oznacza, że nie zawiera on nieorganicznego selenu. Mógłby mnie ranek zastać ;-), bo oferta jest szeroka. Niektóre preparaty są opisane w denerwujący sposób - zawierają tyle "wspaniałych" składników mineralnych ale ani słowem na etykiecie w jakiej dany składnik jest formie w tym preparacie. Niby skład jest, prawie kompletny ale jak wiadomo "prawie" czyni wielka różnicę.
 
 
Składniki z etykiet witamin z apteki są na amerykańskiej rządowej liście substancji toksycznych i to w kilku działach (www.nlm.nih.gov). Ile razy usłyszałam, że ktoś bezkrytycznie i bardziej niż innym ufa preparatom sprzedawanym w aptekach. No cóż, ja nie ...
 
 
Literatura:
- Hunn i inni (1987). Toxicity of sodium selenite to rainbow trout fry. Water Research 21:233-238.
- Kim i inni (2007). Sodium selenite induces superoxide-mediated mitochondrial damage and subsequent autophagic cell death in malignant glioma cells. Cancer Research 67:6314-6324.             
- Plasterer i inni (1984). Developmental toxicity of nine selected compounds following prenatal exposure in the mouse: Naphthalene, p‐nitrophenol, sodium selenite, dimethyl phthalate, ethylenethiourea, and four glycol ether derivatives. Journal of Toxicology and Environmental Health 15:25-38.
- Wycherly i inni (2004). High Dietary Intake of Sodium Selenite Induces Oxidative DNA Damage in Rat Liver. Nutrition and Cancer 48:78-83.
 
 
 
Na fotografii zimowe kormorany nad Bałtykiem.
Do posłuchania ogrzewająca serce Buika - No habra nadie en el mundo.
 
 

środa, 27 listopada 2013

Jak dbam o swoją odporność na infekcje

W tym tygodniu mam małe opóźnienie w moim "blogowaniu". Niektórzy być może zdążyli już pomyśleć, że przestałam to traktować serio i to dokładnie tuż po tym jak obiecałam w poprzednim poście jakieś użyteczne i naglące informacje. Nic z tych rzeczy Kochani. Moje wieczory na początku tego tygodnia upłynęły na pracy nad pierwszym odcinkiem całego cyklu artykułów, które będę pisała dla miesięcznika Moda na Zdrowie. Pomysł, żeby powstał taki cykl to zasługa pani Anny i pana redaktora naczelnego. Pani Annie przy tej okazji serdecznie dziękuję za to, że sprawiła, że nasza współpraca doszła do skutku. Obie cieszymy się, że (powiem górnolotnie) odnalazłyśmy się :-) Nasz cykl artykułów będzie opowiadał o tym, jak funkcjonuje ludzki organizm. Redakcja zaproponowała mi ten temat, a mnie pozostawiła znalezienie pomysłu na formę. Pierwszy artykuł z tego cyklu ukaże się w styczniowym numerze Mody na Zdrowie i muszę powiedzieć, że napisanie go sprawiło mi ogromną frajdę. Mam nadzieję, że czytanie o tym, jak niesamowite i wspaniałe jest ludzkie ciało, sprawi Wam taką samą przyjemność, jak mnie pisanie o nim. Jeszcze raz wszystkim otwartym umysłom Mody na Zdrowie, dziękuję :-)
 
Dzisiejszy mój post będzie nietypowy, bo będą w nim i podziękowania, i bardzo konkretne nazwy/firmy. Podziękowania są zawsze ważne i miłe.  A nazwy itp. - no cóż, nie jestem pewna czy powinnam je podawać tak otwarcie i co na ten temat mówi prawo, być może nic ważnego, po prostu nie wiem. Nazwy jednak będą, bo tak będzie po prostu szybciej niż odpowiadanie na e-maile i telefony z pytaniami co i gdzie, które często przebiega u mnie z dużym opóźnieniem, ze względu na brak czasu :-( Przy tej okazji, tak na wszelki wypadek, zaznaczam, że mimo obecności nazw różnych specyfików mój post nie ma charakteru porady lekarskiej, bo mieć go nie może. Po prostu podzielę się z Wami tym jak dbam o swoją odporność na infekcje.
 
Na początek jednak słowa, które być może Was niezbyt ucieszą. Mianowicie na tą tak potrzebną w okresie jesienno-zimowym odporność pracujemy cały rok. Żaden "cudowny" specyfik nie sprawi, że w kilkanaście dni wzmocnimy organizm tak, że żadna choroba nas nie dopadnie. Zdrowe odżywianie to sposób normalnego i codziennego żywienia, a nie chwilowa dieta "na specjalne okazje". Podobnie ze zdrowym trybem życia w ogóle. Cały rok powinniśmy dostarczać organizmowi tego, co potrzebuje, nie zatruwać go tym, czego nie potrzebuje, zapewniać sobie dawkę odpowiedniego ruchu, a w razie potrzeby suplementować czymś, czego nie możemy uzyskać z pożywienia z racji jego często wątpliwej jakości w naszym cywilizowanym świecie.
 
Ale do rzeczy.

Tak więc cukru, olejów roślinnych w dużych ilościach, a w szczególności podgrzewanych, soi, żywności wysokoprzetworzonej i mleka unikam cały rok. Cały rok wybieram masło zamiast margaryny, olej kokosowy lub smalec do smażenia zamiast oleju rzepakowego, mleko jadam wyłącznie w formie fermentowanej, czyli naturalnego jogurtu i twarogu, mięso wybieram tylko dobrej jakości, codziennie w mojej kuchni goszczą jajka i warzywa. Zimą chętnie jadam też zupy na tłustych wywarach mięsnych.
Poza domem pyszne i zdrowe jedzenie znajduję u Mamy (dziękuję :-), a w razie draki nakarmi mnie mnie też Przyjaciółka Marzenka (wiesz, którą zupę mam na myśli :-). Zawsze mogę też wpaść do cudownej restauracji con Amore (pozdrawiam właścicieli :-), która serwuje przepyszne jedzenie przygotowane z fantastycznej jakości składników bez żadnych paskudnych dodatków.
 
Jajka na szczęście dostępne są cały rok. Oczywiście nie mam na myśli tych z "chowu klatkowego" itp. Dziękuję pani Bożenie i panu Robertowi ze sklepu Bocian, zawsze znajduję u Was nie tylko prawdziwe jajka od prawdziwych kur.
 
Problemem są warzywa. Świeże, wartościowe, pozbawione sztucznych nawozów warzywa zimą w naszym klimacie - dramat :-( I tu z pomocą przychodzą mi świetne liofilizaty o wspólnej nazwie Juice Plus. Pani Stanisławo, dziękuję za tak wytrwałe propagowanie ich wśród swoich pacjentów - dzwonią do mnie, żeby zapytać o moje "ulubione" produkty, a przy okazji sami zdają relację z efektów "juicowania" :-)
 
Słońce, ech to słońce, skąd je brać zimą? Jeśli czas pozwala przychodzą z pomocą gabinety światłoterapii. Jeśli czas nie pozwala pozostaje doustna (zaznaczam gorsza) droga uzupełniania witaminy D3. Ucieszyłam się, gdy w aptekach stała się dostępna bez recepty witamina D3 1 000 IU, firmy Puritan's Pride. Ale 1 000 IU to tyle co nic, w razie groźby infekcji niemal garściami musiałam ją jeść. Na szczęście jednak pewna dobra dusza skierowała mnie do sklepu internetowego o nazwie Zielony Sklep, w którym dostaję witaminę D3 też z Puritan's Pride ale 5 000 IU. Dzięki Asta :-)
 
Jeśli wysokie dawki witaminy D3 to nie ma sensu inaczej oraz nie jest w pełni bezpiecznie inaczej niż z witaminą K2. Normalnie witaminę K2 zjadam w kiszonkach, ale jak o kiszonce zapomniałam to przydaje się w kapsułkach. Rany, tu w krajowych zasobach jest problem. Nie sięgam po tą Solgaru dostępną w aptekach, bo jako wypełniacz zawiera fosforan dwuwapniowy, a ja bardzo nie ufam mineralnym formom wapnia.
 
Nie obejdzie się bez mojego ulubionego kwasu tłuszczowego, czyli EPA oraz mojej Vegepy, która mi go dostarcza każdego dnia, bo ryb morskich dziko żyjących ze świeczką trzeba szukać. Nie bez powodu piszę "moja Vegepa", choć to nie ja ją wymyśliłam i nie ja ją produkuje, tylko angielski Igennus, ale przez te 5 lat używania i mówienia o niej zdążyłam się już z nią zżyć :-) Dziękuję właścicielowi Igennusa Jav'ovi za dbałość o jakość i Ninie, która jest specjalistą od spraw naukowych w Igennusie, zawsze mogę liczyć na jej ogromną wiedzę w temacie kwasów omega-3.
 
Wprawdzie jajka dostarczają mi całej gamy witamin, ale nie witaminy C. Najwięcej witaminy C ma brukselka. Sałatkę z surowej (bo tylka taka ma sens) brukselki lubi nawet moja Zosia. Jeśli korzystam z "tabletkowej" witaminy C, to używam tylko takiej, która jest naturalna, ale w 100% a nie z "dodatkiem owocu dzikiej róży" lub z "dodatkiem owocu aceroli". Na co dzień z powodzeniem służy mi Acerola z Sanbiosu, a w krytycznych chwilach genialna witamina C z gorzkiej pomarańczy z dodatkiem gryki Colway'a.
 
W okresie jesienno-zimowym zażywam również profilaktycznie Engystol firmy Heel, a w szczególnie "zagrożonych" okresach dołączam do tego Gripp-Heel. Zamiennie stosuję Thymuline 9CH firmy Boiron.


Na koniec tej listy pełnej podziękowań, chciałam podziękować również Wam, wszystkim, którzy czytają moje posty.
Bez Was to pisanie nie miałoby sensu. Dzisiaj mija dokładnie rok, od kiedy napisałam tu pierwszy raz. Liczba wyświetleń mojego bloga przez Was przekroczyła 11 000.
Serdecznie dziękuję, że mi towarzyszycie.


I tym razem tradycyjnie również coś do posłuchania - Beata Tyszkiewicz i Tomek Makowiecki, Tych dwoje.
 
 
 
 

niedziela, 17 listopada 2013

Szczepionka przeciw grypie

Jak ja nie lubię tego tematu. Każdego roku o tej porze wraca on jak bumerang do kompletu z reklamami różnych "świetnych" specyfików na przeziębienia. Temat szczepień przeciwko grypie.
Jest z tym tematem mniej więcej tak, jak z szkodliwością palenia - bez względu na to, ile zostanie podanych powodów i dowodów na tą szkodliwość, papierosy są w sprzedaży, są kupowane i zawsze znajdą się tacy, którzy spróbują jej "uniewinnić".
Mimowolnie nasuwa się wniosek, że w obu przypadkach chodzi o to samo. Wiecie o co, prawda?
 
Tak więc w moim odczuciu temat nudny ale poświęćmy mu chwilę z racji pory roku i nieuchronnie nadchodzącej psychozy. Tym bardziej, że fakt zalecania  szczepień przeciw grypie dzieciom zaledwie 6-ściomiesięcznym jest mocno irytujący.
 
Do ciekawych wniosków doszli naukowcy z Centrum Badań nad Chorobami Infekcyjnymi z Uniwersytetu w Minnesocie. Opublikowali oni w zeszłym roku w czasopiśmie Lancet meta-analizę badań naukowych dotyczących szczepień przeciwko grypie [1]. Naukowcy ci przeanalizowali 5707 publikacji naukowych z tego tematu, które ukazały się od 1967 do 2011 roku. Spośród nich wybrali zaledwie 31 takich, które spełniały ich kryteria. Kryteria te dotyczyły wiarygodności metod badawczych jakie zastosowano w celu potwierdzenia działania szczepionek oraz prawidłowego, z metodycznego punktu widzenia, przeprowadzenia badań.
Autorzy we wnioskach końcowych napisali, że przeanalizowane przez nich badania pokazują "umiarkowaną" skuteczność szczepień, jednak skuteczność ta drastycznie spada nawet do zera w okresie wzmożonej zachorowalności na grypę.
Spada do zera! To w jakim celu przeprowadza się te szczepienia?????
 
Rezultaty innej analizy opublikowane w tym samym czasopiśmie w 2007 roku pokazały, że od 1980 roku nie stwierdzono spadku śmiertelnych przypadków w wyniku zachorowania na grypę i powikłań z niej wynikających mimo, że równocześnie w tym czasie liczba osób zaszczepionych wzrosła od 15-65% w zależności od rejonu [2].
 
Wśród badań naukowych publikowanych w dobrych czasopismach są i takie ja to w JAMA, przeprowadzone na bardzo dużej grupie ludzi, z placebo, metodą podwójnej ślepej próby [3].
W wyniku tych badań stwierdzono, że wśród badanych osób 3% z tych, które nie otrzymały szczepionki i 2% z zaszczepionych zachorowało na grypę.
Innymi słowy 97% z osób nie zaszczepionych nie zachorowało na grypę i 98% z osób zaszczepionych nie zachorowało na grypę. Różnica 1% jest groteskowa.
 
A czy szczepiąc się zadaliście sobie kiedyś trud, żeby przeczytać informacje dołączone do szczepionki? Wszystkie, od początku do końca, te drobnym drukiem też. Powinniście. Interesująca lektura. Producent informuje jakie negatywne skutki mogą się pojawić, czego nie przebadał, a więc nie ręczy jak daleko idące negatywne skutki w tych nieprzebadanym zakresie są możliwe (np. jakie jest ryzyko zachorowania na raka albo niepłodność). Poinformował, a że pacjent nie przeczytał to już problem pacjenta. Producent ma czyste ręce, przecież napisał i że zaburzenia neurologiczne od nudności aż po konwulsje, i że astma, i że zaburzenia słuchu i zaburzenia błędnika, i wiele, wiele innych. No jest napisane, to o co chodzi? Sam godzisz się na ten przyjemności, dobrowolnie.
 
Producent informuje również o skuteczności swojej szczepionki na podstawie własnych badań.
I wiecie, że tam nie jest napisane, że skuteczność wynosi 100%?
Mimo, że badania są prowadzone na zlecenia producenta (wątpliwy jest ich obiektywizm) to na etykiecie pojawiają się zadziwiające informacje np., że  u osób w wieku od 50-64 lat skuteczność ta wynosi 13,8%. Żart? Skąd! Informacja.
 
W kwestii ulotek mamy też "ciekawostkę". Na ulotkach tego samego produktu w Polsce nie są podawane wszystkie te informacje, które możemy znaleźć w innych krajach, np. w USA. Sprawdźcie sami  - polska ulotka szczepionki FLUARIX http://www.gsk.com.pl/produkty/Fluarix.html i amerykańska http://dailymed.nlm.nih.gov/dailymed/lookup.cfm?setid=61d4995d-92be-4678-74b9-79b3e12e5e30 W tej polskiej próżno np. szukać informacji o badaniach dotyczących skuteczności szczepionki.
Najwyraźniej ustawodawca nie wymaga ...
 
 
Myślą przewodnią tego i poprzedniego wpisu jest zdanie, na które natknęłam się niedawno: nigdy nie zażywaj leku, który ma więcej skutków ubocznych niż ty symptomów chorobowych. Poprzednio pisałam o popularnych lekach stosowanych przy grypie, dziś o szczepionkach. Za tydzień więc musi być o tym, co w takim razie robić, żeby uchronić się przed grypa. Już zapraszam :-)
 
 
Literatura:
1. Osterholm i inni (2012). Efficacy and effectiveness of influenza vaccines: a systematic review and meta-analysis. Lancet Infect Dis 12:36-44
2. Simonsen i inni (2007). Mortality benefits of influenza vaccination in elderly people: an ongoing controversy. Lancet Infect Dis 7:658-666
3. Goavert i inni (1994). The efficacy of influenza vaccination in elderly individuals. A randomized double-blind placebo-controlled trial. JAMA 272:1661-1665
 
 
 
Na fotografii Bałtyk zimą.
Do posłuchania Oleta Adams - Get here.
 
 
  
Powiązane posty:
Grypa - czym się (NIE) leczyć?
Jak dbam o odporność na infekcje

wtorek, 12 listopada 2013

Grypa - czym się (NIE) leczyć?

Dzisiejszy chłód wyraźnie wskazuje na to, że niestety ale jak co roku zima nadejdzie. Będzie zimno, ciemno, mokro, wietrznie, brrrrr.
Co to oznacza?
Że nadejdą również infekcje.
A wtedy pobiegniemy do apteki. I co tam znajdziemy? Mnóstwo produktów - i tych najnowszych z reklam, i tych starszych "sprawdzonych". Stare czy nowe, najczęściej będą zawierały paracetamol, ibuprofen lub aspirynę (kwas acetylosalicylowy).
Już się domyślacie, że dzisiaj przyjemnie nie będzie ;-)
Ale nie ma wyjścia, idzie zima. Należy się nam więc garść informacji.

Aspiryna i paracetamol...
...wydłużają czas infekcji. Badania naukowe pokazały, że chorzy na grypę, którzy zażywali te leki chorowali średnio około 9 dni - 3,5 dnia dłużej niż chorzy, którzy nie zażywali żadnych leków.
Pharmacotherapy 2000, 20:1417-1422
 
Aspiryna...
...nawet jej niskie dawki (LDA - low dose aspirine), powszechnie uznawane za bezpieczne i stosowane jako prewencja ataku serca, mogą wyrządzić więcej szkód niż pożytku. Aspiryna wręcz sprzyja uszkodzeniom serca oraz zwiększa ryzyko śmierci w wyniku ataku serca.
American Heart Journal 2004, 148:157-164 
 
Ibuprofen...
...i inne niesteroidowe środki przeciwzapalne (NSAIDs) każdego roku zabijają tysiące ludzi. W tym roku czasopismo Lancet opublikowało wyniki dużej analizy wielu badań dotyczących tych środków. Atak serca, uszkodzenie serca, udar mózgu, perforacja ściany żołądka, krwawienie z układu pokarmowego, obstrukcja - to "przyjemności", które mogą nas spotkać. Dlaczego mimo to środki te są tak powszechne i zażywa je tak wielu ludzi? Bo chcemy mieć efekt szybko, tu i teraz. Teraz ma przestać boleć, teraz ma spaść gorączka, najlepiej po zażyciu jednej tabletki.
The Lancet 2013, 382:769-779
 
Ibuprofen i paracetamol...
...nawet w wyniku krótkotrwałego stosowania (1 dzień) u dzieci mogą wywołać ostre uszkodzenie nerek. Badania prowadzono u dzieci w wieku 13-17 lat. Dużych dzieci. Które do tej pory nigdy nie miały problemów z nerkami. A co ze środkami na gorączkę zawierającymi ibuprofen stosowanymi u małych a nawet bardzo małych dzieci????
Pediatric Nephrology 2005, 20:1295-1298
 
Ibuprofen...
...i inne NSAIDs w badaniach in vitro wykazują działanie uszkadzające komórki. Jako model w badaniach tych stosowano czerwone krwinki (erytrocyty). Badania te wskazują, że NSAIDs uszkadzają śluzówkę jelit nie mniej niż aspiryna.
Pharmazie 2002: 57:848-851
 
Aspiryna i paracetamol...
...zwiększają śmiertelność w efekcie zachorowania na grypę. Badania przeprowadzono na zwierzętach.
Journal of Royal Society of Medicine 2010, 103:403-411
 
Aspiryna...
...powoduje utratę włosów u kobiet. Nagłą utratę.
The Drug Monit 2009, 31:1-2
 
Aspiryna...
...u osób starszych może wywołać krwawienie wewnątrzmózgowe i uszkodzenie mózgu.
The Journal of Trauma 2008, 65:785-788
 
itd., itd., itd. ...
 
 
A przecież można inaczej.
Wybór należy do Ciebie ...
 
 
Idzie zima, a zima nad Bałtykiem jest bardzo piękna :-) Na fotografii zimowa plaża w Grzybowie.
Do posłuchania zimowa nadmorska Lykke Li - I follow rivers.
 
 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Język ciała - mówimy nim również do swojego organizmu

Niedawno natrafiłam na badania, których wyniki mnie bardzo zainteresowały. Są to badania z pogranicza fizjologii człowieka oraz psychologii. Chciałabym się podzielić nimi z Wami. Wykorzystanie tej wiedzy w codziennym życiu może być bardzo przydatne i mieć niebagatelne skutki.
 
I dlatego dziś będzie nieco inaczej, nie będzie o żadnych truciznach ani utartych, a nie do końca trafnych poglądach. Dzisiaj coś fajnego :-)
 
To, że postawa naszego ciała ma znaczenie w tym jak jesteśmy odbierani przez innych, jak również w wielu sytuacjach jest naszą nieświadomą manifestacją emocji dla wszystkich jest oczywiste. Z wyrazu twarzy innej osoby, ułożenia ciała gdy siedzi lub sposobu chodzenia jesteśmy w stanie dowiedzieć się to, czego osoba ta nie mówi do nas słowami, a co świadczy o jej postrzeganiu samej siebie. To tzw. język ciała. Okazuje się jednak, że język ten jest odczytywany i rozumiany nie tylko przez nasze otoczenie ale też przez nasz własny organizm.
 
Amy Cuddy, psycholog, profesor Harwardzkiej Szkoły Biznesu w swoich badaniach pokazała, że nasza postawa, ułożenie naszego ciała może wpływać na procesy chemiczne zachodzące w naszym organizmie. Profesor Cuddy jest szczególnie zainteresowana tematem dominacji i poczucia siły. Okazuje się, że przyjęcie przez nas pozycji, która jest przez innym postrzegana jako świadcząca o pewności siebie powoduje, że sami zaczynamy właśnie tak się czuć.
Badania profesor Cuddy dostarczyły dowodów z zakresu fizjologii na to, że postawa naszego ciała wpływa na funkcjonowanie naszego mózgu w zakresie mentalności. Ułożenie przez nas ciała w pewien sposób już po 2 minutach powoduje zmiany w poziomie kortyzolu (hormon stresu) i testosteronu (hormon dominacji) w naszym mózgu. W zależności od ułożenia ciała poziomy kortyzolu i testosteronu podnoszą się, dając nam podświadome poczucie siły (np. szeroko rozłożone i uniesione ręce) lub opadają, powodując poczucie uległości (np. podkurczenie kolan i otoczenie się zamkniętymi ramionami).
 
Profesor Cuddy namawia do samodzielnego przećwiczenia tych zmian, a następnie regularnego praktykowania postawy towarzyszącej poczuciu siły i pewności siebie. Nazywa to "power posing", czyli "pozowanie siły" i uważa, że wykonywanie takiego ćwiczenia przez kilka minut dziennie odbije się pozytywnie na naszym życiu w znaczącym i odczuwalnym zakresie.
 
Nie wiem jak Wy, ale ja pomyślałam sobie, że czemu nie :-)
Tak więc siadamy wygodnie na fotelu lub krześle, kładziemy założone na siebie nogi (krzyżując stopy) na stole, opieramy się wygodnie o oparcie, zakładamy szeroko rozłożone i uniesione ręce za głowę i relaksujemy się tak przez 2 minuty. Powodzenia! :-)
 
Na zdjęciu mała Zosia w "pozycji siły" ;-)
Do posłuchania krótki, ale bardzo ciekawy wykład profesor Cuddy w języku angielskim.
 
 

wtorek, 29 października 2013

Kawa rozpuszczalna - dlaczego nie powinniśmy jej pić.

Lubicie kawę? Ja bardzo. O kawie już pisałam. Wtedy dobrze :-) Dzisiaj wyjaśnię dlaczego wtedy, gdy ktoś chce mnie poczęstować kawą rozpuszczalną mówię "nie, dziękuję" a osoby zaprzyjaźnione pytam w takiej sytuacji wprost czy chcą mnie otruć :-)
Porównując smak dobrej i dobrze zaparzonej kawy ziarnistej oraz smak nawet najlepszej kawy rozpuszczalnej trudno mi zrozumieć dlaczego wybór wielu osób pada na tą rozpuszczalną. Wprawdzie mówi się, że o gustach się nie dyskutuje, wydaje mi się jednak, że głównym powodem jest nasze wygodnictwo. Z przykrością też muszę przyznać, że wiele lat temu, zanim zmądrzałam piłam tylko kawę rozpuszczalną :-(
Mam wielką nadzieję, że poniższe informacje zmienią co nieco w sposobie podejścia do tego popularnego napoju.
 
Otóż kawa rozpuszczalna zawiera substancję, która została zaklasyfikowana przez Unię Europejską do tzw. substancji rakotwórczych kategorii 2. Kategoria 2 zawiera substancje określone jako takie, które "powinny być rozważone jako potencjalnie rakotwórcze". Niby jeszcze nie są uznane jako zdecydowanie rakotwórcze ale ja osobiście nie mam ochoty sprawdzać na własnym organizmie czy nimi są, czy nie.
 
Ta substancja to akrylamid.
 
Akrylamid powstaje w wyniku poddania węglowodanów bardzo wysokim temperaturom. Chipsy, chrupiące frytki, chrupiące tosty to bogate źródło akrylamidu. Również kawa rozpuszczalna. Akrylamid jest również obecny w dymie papierosowym. Po raz pierwszy w żywności został wykryty przez szwedzkich naukowców niedawno, bo w 2002 roku.
Badania nad zwierzętami pokazały, że akrylamid sprzyja rozwojowi guzów, w szczególności tarczycy, jąder i nadnerczy.
Stwierdzono ponadto, że akrylamid uszkadza komórki nerwowe. Tych informacji dostarczyli pracownicy przemysłu budowlanego. Akrylamid obecny jest w materiałach budowalnych. U osób pracujących z tymi materiałami stwierdza się neuropatie obwodowe - uszkodzenia/zapalenia nerwów obwodowych powodujące zaburzenia czucia w skórze, zbyt intensywne odczuwanie bodźców dotykowych (przeczulica) lub odczuwanie bodźców mimo, że nie mają one miejsca. Wyobraźcie więc sobie co się dzieje jeśli substancję tą wprowadzamy do wnętrza naszego organizmu i krwiobiegiem dociera do różnych komórek nerwowych, nie tylko tych, które mają swoje zakończenia w skórze.
 
Należy również pamiętać, że kawa rozpuszczalna, podobnie jak inne produkty instant jest produktem wysokoprzetworzony. Rozbudowany proces produkcyjny oraz to jak inaczej wygląda produkt końcowy w porównaniu w wyjściowym substratem sprzyja wprowadzaniu do tego produktu końcowego całej gamy substancji chemicznych. W kawie rozpuszczalnej regularnie "przypadkiem" wykrywa się przeróżne niekorzystne dla zdrowia substancje.
Przykłady. W Niemczech kilka lat temu w kawie rozpuszczalnej o nazwie "Vitaccino Imperia Elita" stwierdzono obecność sibutraminy - substancja hamująca łaknienie, stosowana w leczeniu otyłości, bogata w szereg niekorzystnych skutków ubocznych. Również kilka lat temu w USA w kilku rodzajach kawy rozpuszczalnej produkowanej w Chinach stwierdzono melaminę - substancja stosowana do produkcji żywic, ale nielegalnie wykorzystywana również do zawyżania zawartości białka w paszach i produktach żywnościowych ze względu na wysoka zawartość azotu. Również w USA w jednej z kaw rozpuszczalnych znaleziono mleko - producent nie podawał takiego składnika na opakowaniu a jest on nie bez znaczenia dla osób uczulonych na białka mleka.
 
Kawa w ogóle, podobnie jak reszta tego co jemy i pijemy może zawierać substancje chemiczne, których nie chcielibyśmy w niej mieć, a które są tam z powodu wysokiej chemizacji rolnictwa. Dokładanie sobie jeszcze innych substancji chemicznych, których można łatwo uniknąć wybierając kawę ziarnistą, a nie rozpuszczalną nie jest zbyt rozsądne, nie sądzicie?
 
Literatura:
- Andrzejewski i inni (2004). Analysis of coffee for the presence of acrylaminde by LC-MS/MS (2004) Journal of Agricultural and Food Chemistry 52:1996–2002
- Dybing i Sanner (2003). Risk assessment of acrylamide in foods. Toxycological Sciences 75:7-15
 
 
Na fotografii oczywiście kawa :-) Płatki róż nie są przypadkowe, pochodzą z róż, które dostałam od osoby, za przyczyną której powstał ten wpis :-)
Do posłuchania Charlotte Gainsbourg w utworze "Just like a woman" - moje ulubione wykonanie tego utworu. 
 
 
 
Powiązane posty:
Wypij kawę przed pracą

poniedziałek, 21 października 2013

Dlaczego owoce szkodzą twoim stawom

Zauważyłam, że największą popularnością na moim blogu cieszy się post dotyczący soku pomarańczowego. Słowa kluczowe związane z sokiem pomarańczowym są też najczęstszymi słowami, które kierują czytelników do mojego bloga. Do tego poczynając od drugiej połowy lata, a teraz z zwiększonym natężeniem, trafiają do mnie osoby z bólami stawów. U niektórych to nowy problem, u innych problem który został wyciszony a teraz wrócił. W tych przypadkach na pytanie o zwiększone spożycie owoców w ostatnim czasie rzadko uzyskuje odpowiedź inną niż twierdząca.
 
Z powyższych powodów dzisiaj postanowiłam wyjaśnić jaki mają związek owoce i/lub soki owocowe z tym, że mamy problemy ze stawami.
 
Czy wiecie, że kobiety, które wypijają dziennie 1 dużą szklankę soku pomarańczowego mają przynajmniej dwukrotnie większa szansę na zachorowanie na dnę moczanową? Badania naukowe pokazują, że u kobiet, które wypijają tylko pół szklanki soku pomarańczowego (ok. 130 ml) ryzyko zachorowania na dnę moczanową rośnie o 41%.
 
Dlaczego?
 
Na początek kilka słów czym jest dna moczanowa. Jest to rodzaj zapalenia stawów, którego przyczyną jest nadmierna ilość kwasu moczowego w krwi. Nadmiar kwasu moczowego odkłada się w stawach w postaci kryształków powodując w nich stan zapalny, ból i sztywność stawów. Nasze białe krwinki otaczają i pochłaniają kryształki kwasu moczowego w celu ich usunięcia. Niestety skutkuje to uwolnieniem cząsteczek wywołujących zapalenie.
 

Główną przyczyną dny moczanowej w naszym obecnym sposobie żywienia nie jest nadmiar/rodzaj białek, a nadmiar fruktozy. Wszędobylski syrop wysokofruktozowy to główny wróg, często jesteśmy nieświadomi jego obecności w tym co jemy. Jeśli do tego dołożymy jeszcze wysokie spożycie owoców i/lub regularne picie soków owocowych to problem mamy gotowy.
Oprócz tego, że fruktoza jest metabolizowana do trójglicerydów, które przysparzają nam wiele problemów to dodatkowo produktem ubocznym jej metabolizmu jest kwas moczowy. Nie ma żadnego znaczenia czy fruktoza pochodzi z fabryki, czy z "zdrowych" owoców. I nie ma różnicy czy wypijamy napój gazowany słodzony syropem wysokofruktozowym czy szklankę soku pomarańczowego.
 
Wzrost poziomu kwasu moczowego w krwi ma miejsce już kilka minut po wypiciu/zjedzeniu produktu o wysokiej zawartości fruktozy. Długotrwała dieta bogata w fruktozę, a więc również bogata w owoce i soki owocowe, powoduje odkładanie się kryształów kwasu moczowego w tkankach miękkich, w szczególności wokół stawów i prowadzi do trwałego uszkodzenia stawów. Nie należy zapominać, że nawet jeśli nie dochodzi do tak drastycznych skutków i kryształki kwasu moczowego w stawach są skutecznie zwalczane przez nasz układ odpornościowy to zwalczanie to skutkuje odczynem zapalnym, a to oznacza ból i stopniowe uszkadzanie chrząstki stawowej.
 
Do picia najlepsza jest więc woda. Nie tylko jest niezbędna do funkcjonowaniu naszego organizmu ale jej picie jest warunkiem usuwania toksyn z organizmu, również usuwania nadmiaru kwasu moczowego.
 
Literatura:
- Choi i Curhan (2008). Soft drinks, fructose consumption, and the risk of gout in men: prospective cohort study. BMJ doi:10.1136/bmj.39449.819271.BE
- Choi i inni (2010). Fructose-rich beverages and risk of gout in women. JAMA 304:2270
 
 
Na zdjęciu jesienne liście z ostatniego spaceru. Do posłuchania piosenka z pozytywnym przesłaniem - "Always look on the bright side of life" od Monty Python'a, ma już jakieś 35 lat :-)
 
 
Powiązane posty:
Szokująca prawda o świeżo wyciśniętym soku z pomarańczy 
Owoce - wróg czy przyjaciel

poniedziałek, 14 października 2013

Statyny a nowotwory - UWAGA!

Prostata, jelito grube, nerki, piersi - jak myślicie, co łączy wymienione części ciała?
W przypadku każdego z tych organów stwierdzono związek pomiędzy wzrostem ryzyka zachorowania na raka a stosowaniem leków obniżających poziom cholesterolu (statyn).
Co "ciekawe" producenci statyn wśród licznych pozytywnych efektów działania tych leków wymieniają również ich rzekome działanie cytostatyczne a nawet wręcz chemioterapeutyczne - czyli zapobiegające rozwojowi nowotworów i zwalczające istniejące komórki nowotworowe.
 
Autorzy publikacji opisującej badania nad związkiem pomiędzy rakiem jelita grubego, a dokładniej odbytu, a statynami [1] zwracają uwagę, że badania, w wyniku których ustalono, że statyny zapobiegają rakowi miały charakter jedynie badań laboratoryjnych. Natomiast w badaniach epidemiologicznych, czyli takich, w których biorą udział konkretne grupy ludzi i bada się efekt stosowania leków u tych ludzi pokazują dokładnie odwrotną zależność. Warto zwrócić uwagę również na to, że owe badania laboratoryjne były prowadzone na zlecenie producentów statyn ...
W epidemiologicznych badaniach nad rakiem prostaty i statynami [2] analizowano dużą grupę mężczyzn powyżej 50-tego roku życia, u których zdiagnozowano raka prostaty. Kontrolę stanowiły osoby w tym samym wieku, które nie chorowały na raka prostaty. Stwierdzono, że nawet krótkotrwałe podawanie statyn stanowi czynnik ryzyka raka prostaty, a im dłużej statyny są stosowane tym ryzyko to jest większe.
Wyniki podobne, jak te w przypadku raka prostaty, uzyskano w badaniach epidemiologicznych nad związkiem raka nerek [3] i piersi [4] z długotrwałym stosowaniem statyn.
 
O ile badania pokazujące związek stosowania leków obniżających cholesterol ze wzrostem ryzyka zachorowania na raka są stosunkowo świeże, od przynajmniej 20-stu lat wiadomo już, że niski poziom cholesterolu jako taki stanowi czynnik ryzyka w chorobach nowotworowych.
 
Opublikowano wiele badań epidemiologicznych pokazujących niższą zachorowalność na różne rodzaje nowotworów u osób z wyższym poziomem cholesterolu. Stwierdzono również, że osoby z niskim poziomem cholesterolu mają mniejsze szanse na wyzdrowienie z choroby nowotworowej niż osoby z wyższym poziomem cholesterolu [5, 6].
 
Negatywne skutki farmakologicznego obniżania cholesterolu można mnożyć i mnożyć. Jak dotąd stwierdzono ponad 300 różnych niekorzystnych dla zdrowia skutków stosowania statyn. Nie chcę tym zanudzać, więc na tą chwilę zakończę ten temat. Na koniec jednak wspomnę o niezwykle ważnym negatywnym działaniu statyn.
 
Mianowicie środki te mają działania toksyczne dla mięśni, uszkadzają nasze mięśnie. Niestety nie tylko mięśni szkieletowe, ale i mięsień sercowy.
 
Dodatkowo statyny uszkadzają również komórki nerwowe. Ten fakt skutkuje rozlicznymi problemami zdrowotnymi od zaburzeń pamięci (amnezji) przez polineuropatie aż do osłabienia mięśnia sercowego [7].
 
Ja lubię swój cholesterol. I lubię nie mieć wspomnianych w tej "statynowej" serii chorób. A Wy? To pytanie do każdego na ten tydzień.
 
 
Literatura:
1. Lakha i inni (2012). Statin use and association with colorectal cancer survival and risk: case control study with prescription data linkage. BMC Cancer 12-487
2. Chang i inni (2011). Statins increase the risk of prostate cancer: A population-based case-control study. Prostate 71:1818
3. Chiu i inni (2012). Statin use and the risk of kidney cancer: a population-based case-control study. Expert Opin Drug Saf 11:543
4. McDougall i inni (2013). Long-term statin use and risk of ductal and lobular breast cancer among women 55-74 years of age. Cancer Epidemiol Biomarkers Prev 22:1529
5. Wannamethee i inni (1995). Low serum total cholesterol concentrations and mortality in middle aged British men. BMJ 311-409
6. Strasak i inni (2009). Time-dependent association of total serum cholesterol and cancer incidence in a cohort of 172,210 men and women: a prospective 19-year follow-up study. Ann Oncol 20:1113
7. Rubinstein i inni (2009). Statin therapy decreases myocardial function as evaluated via strain imaging. Clin Cardiol 32:684
 
 
Na fotografii jesienne liście z dzisiejszego spaceru po naszym parku.
Do posłuchania cudowna Alanis Morissette - Not as we.
 
 
 
 
Powiązane posty:
 

 

poniedziałek, 7 października 2013

Statyny a miażdżyca - UWAGA!

Zgodnie z zapowiedzią dzisiaj kontynuuję temat dotyczący negatywnych skutków farmakologicznego obniżania cholesterolu.
To, że, jak pisałam w poprzednim poście, statyny są poważnym czynnikiem ryzyka w zachorowaniu na zaćmę (kataraktę) to moim zdaniem "drobiazg" w porównaniu z tym, o czym napiszę dzisiaj. "Drobiazg" oczywiście nie z racji nieważności problemów związanych z naszym wzrokiem, bo nasze oczy są równie ważnym organem mimo, że problemy ze wzrokiem nie są "śmiertelną chorobą". Zaćma w wyniku stosowania statyn bardzo wyraźnie pokazuje, co może dziać się w innych organach, a co odczuwamy często dopiero wtedy, gdy proces chorobowy jest już tak znacząco zawansowany, że trudny do odwrócenia.
 
Jak wiadomo cholesterol uważany jest za zasadniczy (zdaniem niektórych, o zgrozo, jedyny) czynnik ryzyka miażdżycy. Dlatego uważa się, że należy go obniżać i w tym celu stosuje się leki należące do grupy statyn, występujące w naszych aptekach pod przeróżnymi nazwami.
 
Dla przypomnienia w dużym skrócie, miażdżyca jest efektem stanu zapalnego w ścianie tętnic. W odpowiedzi na stan zapalny organizm wysyła w uszkodzone obszary białe krwinki zwane makrofagami, wypełnione kroplami cholesterolu - taki "cholesterolowy plasterek". Powstające w ten sposób tzw. "nacieki lipidowe" są naturalnym, fizjologicznym zjawiskiem a organizm ma zdolność ich usuwania i nie pojawiają się one wyłącznie w efekcie procesów chorobowych. Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy z różnych powodów dochodzi do uszkodzenia tego "plasterka", a następnie zwłóknienia i zwapnienia rejonu uszkodzenia - WTEDY powstaje prawdziwy problem, blaszka miażdżycowa.
 
No właśnie, ZWAPNIENIE.
 
Na pewno do zasadniczych czynników ryzyka zwapnienia blaszek miażdżycowych należy niedobór witaminy D3, a także niedobór witaminy K2, o czym już pisałam. W ubiegłym roku opublikowano jednak badania, które pokazały, że również stosowanie statyn potęguje wapnienie blaszek miażdżycowych. Dzięki nowoczesnej i nieinwazyjnej metodzie jaką jest CTTA (CT angiography), czyli metodzie łączącej angiografię i tomografię komputerową, gruntownie zbadano zmiany składu blaszki miażdżycowej. Badania te pokazały, że w wyniku stosowania statyn dochodzi do wapnienia zarówno w ścianach tętnicy główniej, jak i układu wieńcowego. Podobne wyniki uzyskano zarówno u chorych na cukrzycę z towarzysząca choroba wieńcową, jak i osób, u których nie zdiagnozowano jeszcze schorzeń ze strony serca i układu wieńcowego.
 
Oznacza to, że statyny stanowią poważny czynnik ryzyka chorób układu kardiowaskularnego i wzrostu ryzyka śmierci z tego powodu.

Innymi słowy, to co ma CHRONIĆ przed chorobą, wręcz ją WYWOŁUJE :-(
 
A tak przy okazji, czy wiecie, że w 2011 roku amerykańska FDA (Food and Drug Administration) dodała statyny do listy leków zwiększających ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2? Zgodnie z zaleceniami FDA ostrzeżenie o ryzyku cukrzycy znalazło się na etykietach na lekach z grupy statyn. Na "naszych" lista możliwych skutków ubocznych wprawdzie nie zachęca do ich stosowania ale takiego ostrzeżenia nie znalazłam. No cóż, nauka nauką, wiedza wiedzą, zdrowie zdrowiem ... a przepisy przepisami.
 
Literatura:
- Nakazato i inni (2012). Statins use and coronary artery plaque composition: results from the International Multicenter CONFIRM Registry. Atherosclerosis 225:148-153
- Saremi i inni (2012). Progression of vascular calcification is increased with statin use in the Veterans Affairs Diabetes Trial (VADT). Diabetes Care 35:2390-2392
- FDA expands advice on statin risk:
 
 
Przyszła jesień, więc zaczął się czas pięknych widoków nieba z mojego okna - jeden z nich na zdjęciu.
Do posłuchania Ray Charles i "A song for you".

 
 
 
 

 

 
 

poniedziałek, 30 września 2013

Statyny a oczy - UWAGA!


 
Wybaczcie, ale po ostatniej mojej przygodzie z radą programową pewnego czasopisma będę nieco zjadliwa. Przygotujcie się więc na serię postów, w których posługując się naukowymi faktami pozwolę sobie zdemaskować kilka MITÓW, uparcie uprawianych przez środowiska medyczno-farmaceutyczne w naszym kraju. Oj, chyba źle to ujęłam - z racji mocy "sprawczej" słowo "farmaceutyczne" powinno być na pierwszym miejscu ... Moja "przygoda" dla mnie zaskutkowała "tylko" straconym czasem, który poświęciłam na napisanie artykułu o cholesterolu. Gorzej z pracownikami redakcji czasopisma z "naukowymi" argumentami rady programowej (domyślacie się z kogo złożonej) zderzyli się twarzą w twarz. Zaangażowanie redakcji było dla mnie budujące i jestem pełna podziwu dla tych ludzi za ich otwartość umysłu. A co do rady programowej, no cóż, nuuuuuuda, nic nowego ...
 
Jednym ze skutków fobii cholesterolowej i mocno ugruntowanej u nas (nie wiedzieć czemu ...) pozycji tzw. koncepcji dieta-serce, nazywanej też hipoteza lipidową jest nagminne zapisywanie przez lekarzy wszystkim (nawet dzieciom!) leków obniżających cholesterol, czyli statyn.
 
19 września tego roku czasopismo JAMA Ophthamology opublikowało artykuł dotyczący negatywnego wpływu statyn na nasze oczy.
 
JAMA to czasopismo Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego (Journal of American Medical Association), które publikuje kilka serii tematycznych, w tym Ophthamology, czyli seria zajmująca się zdrowiem oczu. To tylko tak mówię, żeby nie było, ze powołuję się na jakieś dziwne źródło ;-)
 
Otóż okazuje się, że zdecydowana większość najczęściej zapisywanych leków obniżających cholesterol wywołuję kataraktę.
 
Doniesienia te są bardzo "zaskakujące", zwłaszcza dla zażartych zwolenników stosowania tych leków, którzy określają je jako "antyoksydanty" i twierdzą, że jednym z pozytywnych efektów ich stosowania jest spowolnienie procesów starzenia, w tym naturalnego procesu starzenia się soczewek naszych oczu.
W badaniach opisywanych w powyższym artykule sprawdzano efekt terapii statynami przez zaledwie (!) 90 dni. A co z "dożywotnim" stosowaniem statyn, tak chętnie nam serwowanym w gabinetach lekarskich???! Wspomniany przeze mnie artykuł nie jest zresztą pierwszym tego typu, już wcześniej opisywano badania pokazujące wzrost ryzyka poważnych uszkodzeń soczewki, takich, które mają miejsce w trakcie tworzenia się katarakty w wyniku stosowania statyn nawet o 48% (!). Ale badania badaniami, cholesterol obniżać trza!
 
Katarakta - dla wyjaśnienia - inaczej zaćma, to zmętnienie soczewki oka. Powoduje zaburzenie przemiany materii w soczewce i utratę jej przejrzystości. Przejawia się różnymi zaburzeniami wzroku w zależności od umiejscowienia zmętnień. W początkowych etapach rozwoju choroby, obraz jest zamglony lub pojawiają się tęczowe otoczki widzianych przedmiotów. Choroba ta może prowadzić do całkowitej ślepoty i uważa się obecnie, że jest główną przyczyną ślepoty na świecie. Wśród przyczyn katarakty wymienia się starzenie się, narażenie na silny stres, nadmiar promieniowania UV, a także bliżej nieokreślone czynniki "genetyczne".
 
Jak się do tego wszystkiego mają leki obniżające cholesterol?
 
Ludzkie oko pozostaje w bardzo silnym związku z centralnym systemem nerwowym, który jest jedną z najbogatszych w cholesterol tkanką. Więcej cholesterolu niż w mózgu obecne jest jedynie w tkance tłuszczowej. Ponadto stabilność soczewek oczu ssaków, a ludzkiego oka w szczególności, jest silnie zależna od zawartości w nich cholesterolu. Cholesterol w oku odgrywa nie tylko funkcję strukturalną, ale i funkcjonalną. Nie trzeba długo się więc zastanawiać, by zrozumieć co spowoduje farmakologiczne obniżenie cholesterolu. Przypomnę, że cholesterol jest produkowany w naszym organizmie wedle naszych potrzeb. Wyższy poziom cholesterolu oznacza, że z jakichś powodów (również chorobowych) potrzebujemy go więcej. Obniżenie go lekami skutkuje poważnymi jego niedoborami, w tych miejscach w których jest tak potrzebny. Jednym z tym miejsc jest oko.
 
W następnych odcinkach tematu cholesterolowo-statynowego, kolejne fakty. Już zapraszam :-)
 
Literatura
- Leuschen i inni (2013). Association of statin use with cataracts. A propensity score-matched analysis. JAMA Ophthamology, doi:10.1001/jamaophthalmol.2013.4575
 
 
Na zdjęciu moje podróżnicze wspomnienie - zielone pastwiska hrabstwa Kerry w Irlandii.
Do posłuchania też "wspomnienie", choć w czasie gdy powstała piosenka nie miałam jeszcze tylu lat, by coś takiego pamiętać :-) Roberta Flack i "Killing me softly with his song".