poniedziałek, 30 września 2013

Statyny a oczy - UWAGA!


 
Wybaczcie, ale po ostatniej mojej przygodzie z radą programową pewnego czasopisma będę nieco zjadliwa. Przygotujcie się więc na serię postów, w których posługując się naukowymi faktami pozwolę sobie zdemaskować kilka MITÓW, uparcie uprawianych przez środowiska medyczno-farmaceutyczne w naszym kraju. Oj, chyba źle to ujęłam - z racji mocy "sprawczej" słowo "farmaceutyczne" powinno być na pierwszym miejscu ... Moja "przygoda" dla mnie zaskutkowała "tylko" straconym czasem, który poświęciłam na napisanie artykułu o cholesterolu. Gorzej z pracownikami redakcji czasopisma z "naukowymi" argumentami rady programowej (domyślacie się z kogo złożonej) zderzyli się twarzą w twarz. Zaangażowanie redakcji było dla mnie budujące i jestem pełna podziwu dla tych ludzi za ich otwartość umysłu. A co do rady programowej, no cóż, nuuuuuuda, nic nowego ...
 
Jednym ze skutków fobii cholesterolowej i mocno ugruntowanej u nas (nie wiedzieć czemu ...) pozycji tzw. koncepcji dieta-serce, nazywanej też hipoteza lipidową jest nagminne zapisywanie przez lekarzy wszystkim (nawet dzieciom!) leków obniżających cholesterol, czyli statyn.
 
19 września tego roku czasopismo JAMA Ophthamology opublikowało artykuł dotyczący negatywnego wpływu statyn na nasze oczy.
 
JAMA to czasopismo Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego (Journal of American Medical Association), które publikuje kilka serii tematycznych, w tym Ophthamology, czyli seria zajmująca się zdrowiem oczu. To tylko tak mówię, żeby nie było, ze powołuję się na jakieś dziwne źródło ;-)
 
Otóż okazuje się, że zdecydowana większość najczęściej zapisywanych leków obniżających cholesterol wywołuję kataraktę.
 
Doniesienia te są bardzo "zaskakujące", zwłaszcza dla zażartych zwolenników stosowania tych leków, którzy określają je jako "antyoksydanty" i twierdzą, że jednym z pozytywnych efektów ich stosowania jest spowolnienie procesów starzenia, w tym naturalnego procesu starzenia się soczewek naszych oczu.
W badaniach opisywanych w powyższym artykule sprawdzano efekt terapii statynami przez zaledwie (!) 90 dni. A co z "dożywotnim" stosowaniem statyn, tak chętnie nam serwowanym w gabinetach lekarskich???! Wspomniany przeze mnie artykuł nie jest zresztą pierwszym tego typu, już wcześniej opisywano badania pokazujące wzrost ryzyka poważnych uszkodzeń soczewki, takich, które mają miejsce w trakcie tworzenia się katarakty w wyniku stosowania statyn nawet o 48% (!). Ale badania badaniami, cholesterol obniżać trza!
 
Katarakta - dla wyjaśnienia - inaczej zaćma, to zmętnienie soczewki oka. Powoduje zaburzenie przemiany materii w soczewce i utratę jej przejrzystości. Przejawia się różnymi zaburzeniami wzroku w zależności od umiejscowienia zmętnień. W początkowych etapach rozwoju choroby, obraz jest zamglony lub pojawiają się tęczowe otoczki widzianych przedmiotów. Choroba ta może prowadzić do całkowitej ślepoty i uważa się obecnie, że jest główną przyczyną ślepoty na świecie. Wśród przyczyn katarakty wymienia się starzenie się, narażenie na silny stres, nadmiar promieniowania UV, a także bliżej nieokreślone czynniki "genetyczne".
 
Jak się do tego wszystkiego mają leki obniżające cholesterol?
 
Ludzkie oko pozostaje w bardzo silnym związku z centralnym systemem nerwowym, który jest jedną z najbogatszych w cholesterol tkanką. Więcej cholesterolu niż w mózgu obecne jest jedynie w tkance tłuszczowej. Ponadto stabilność soczewek oczu ssaków, a ludzkiego oka w szczególności, jest silnie zależna od zawartości w nich cholesterolu. Cholesterol w oku odgrywa nie tylko funkcję strukturalną, ale i funkcjonalną. Nie trzeba długo się więc zastanawiać, by zrozumieć co spowoduje farmakologiczne obniżenie cholesterolu. Przypomnę, że cholesterol jest produkowany w naszym organizmie wedle naszych potrzeb. Wyższy poziom cholesterolu oznacza, że z jakichś powodów (również chorobowych) potrzebujemy go więcej. Obniżenie go lekami skutkuje poważnymi jego niedoborami, w tych miejscach w których jest tak potrzebny. Jednym z tym miejsc jest oko.
 
W następnych odcinkach tematu cholesterolowo-statynowego, kolejne fakty. Już zapraszam :-)
 
Literatura
- Leuschen i inni (2013). Association of statin use with cataracts. A propensity score-matched analysis. JAMA Ophthamology, doi:10.1001/jamaophthalmol.2013.4575
 
 
Na zdjęciu moje podróżnicze wspomnienie - zielone pastwiska hrabstwa Kerry w Irlandii.
Do posłuchania też "wspomnienie", choć w czasie gdy powstała piosenka nie miałam jeszcze tylu lat, by coś takiego pamiętać :-) Roberta Flack i "Killing me softly with his song".
 
 

wtorek, 24 września 2013

Astaksantyna - królowa antyoksydantów

Serdecznie dziękuję wszystkim za przybycie na mój wykład i za miłe słowa, które usłyszałam po nim. Przyznam, że świadomość, że komuś co nieco rozjaśniłam w głowie, że usystematyzowałam informacje, które dotarły już do kogoś z innych źródeł, wyprowadziłam z błędu, zainspirowałam sprawia mi wielką frajdę i powoduje, że naprawdę lubię to robić :-) Za wszystkie sygnały, że tak właśnie jest jeszcze raz dziękuję.
 
Dzisiaj pozostając jeszcze na chwilę w temacie witaminy D3, która była przedmiotem mojego piątkowego wykładu, a właściwie w temacie "producenta" witaminy D3, czyli słońca :-) kilka słów o pewnej niesamowitej substancji. Dla tych, którzy nie mieli okazji wysłuchać wykładu.
 
Witamina D3 jest jak najbardziej "słoneczną witaminą". Oznacza to, że jej najlepszym źródłem jest słońce. Biorąc pod uwagę jesienne słoty brzmi to irytująco, wiem. Niemniej jednak jeśli mamy okazję wystawiać swoją skórę na słońce nie możemy zapominać, że promieniowanie UV, dzięki któremu witamina D3 powstaje w naszej skórze potraktowane nierozważnie staje się groźne dla naszego zdrowia. Jeśli w godzinach okołopołudniowych pozostajemy na słońcu nie dłużej niż 10-20 minut to dobroczynny efekt promieniowania UV wynikający z produkcji witaminy D3 równoważy niekorzystny efekt promieniowania UV, czyli tworzenie się wolnych rodników, które uszkadzają nasze komórki.
 
Co jednak zrobić jeśli chcemy bezpiecznie korzystać z słońca dłużej.
 
Wiemy już, że wyjściem nie są kremy z filtrem. Możemy użyć naturalnych olei takich, jak sezamowy czy kokosowy, które pochłoną częściowo promieniowanie UV i wydłużą bezpieczny czas korzystania ze słońca. Jednak najlepszym sposobem ochrony przed wolnymi rodnikami jest działanie od środka organizmu i doskonale sprawdzi się tutaj królowa antyoksydantów, czyli astaksantyna.
 
Astaksantyna należy do grupy barwników roślinnych rozpuszczalnych w tłuszczach, karotenoidów. Produkowana jest przez glon Haematococcus pluvialis. To właśnie dzięki astaksantynie flamingi, które będąc uroczymi pisklętami są białe, z wiekiem nabywają swój charakterystyczny "łososiowy" kolor. Łososiowy kolor łososi :-) to również astaksantyna. Podobnie jak kolor krewetek jadanych w naturze przez łososie.
Astaksantyna jest najsilniej działającym znanym nam anytoksydantem. W zwalczaniu wolnych rodników jest 65 razy skuteczniejsza niż witamina C, 54 razy bardziej skuteczna niż beta-karoten i 14 razy bardziej niż witamina E. A w tzw. wygaszaniu tlenu singletowego aż 6000 razy bardziej skuteczna niż witamina C, 800 razy bardziej niż CoQ10, 550 razy bardziej niż witamina E i katechiny oraz 11 razy bardziej niż beta-karoten. Właściwości te czynią ją doskonałym "wewnętrznym filtrem przeciwsłonecznym", dzięki któremu negatywne skutki promieniowania UV w postaci wolnych rodników są efektywnie zwalczane bez ograniczania korzystnego dla zdrowia tworzenia witaminy D3.
To jednak nie wszystkie zalety tego karotenoidu. Jako jedyny, astaksantyna przekracza barierę krew-mózg i krew-siatkówka oka, dzięki czemu działa również w centralnym systemie nerwowym i w oku - stosowana jest np. w leczeniu degeneracji plamki żółtej. Skórze, oprócz wspomnianego efektu zmniejszenia ryzyka oparzeń słonecznych, przynosi też inne dobrodziejstwa, np. powoduje spłycenie zmarszczek. Jest również stosowana w profilaktyce raka, wzmacnia odporność i zmniejsza stany zapalne.
Jeżeli chcemy ją zastosować jako "wewnętrzny filtr przeciwsłoneczny" musimy jednak pamiętać, że nie działa od razu. Aby zwiększyć odporność skóry na promieniowanie UV należy zacząć stosować ją na kilka tygodni przed planowanym urlopem w słonecznym kraju.
 
Literatura:
 - Beguin (2005). A novel micronutrient supplement in skin aging: a randomized placebo-controlled double-blind study. J Cosmet Dermatol 4:277-284
- Camera i inni (2009). Astaxanthin, canthaxanthin and beta-carotene differently affect UVA-induced oxidative damage and expression of oxidative stress-responsive enzymes. Exp Dermatol 18:221-231
- Suganuma i inni (2010). Astaxanthin attenuates the UVA-induced up-regulation of matrix-metalloproteinase-1 and skin fibroblast elastase in human dermal fibroblasts.J Dermatol Sci 58:136-142
 
 
Na fotografii ... nie, to nie Grecja :-) To Hammamet w Tunezji.
Do posłuchania Le Classique feat. Barbara Moleko - Hero (ze specjalną dedykacją :-)
 

 
 
 
 
Powiązane posty:

poniedziałek, 16 września 2013

Co musisz wiedzieć jeśli zażywasz witaminę D3

Przygotowuję właśnie mój wykład na piątek dotyczący witaminy D3. Również tu już pisałam o tym, jak witamina D3 jest ważna dla naszego zdrowia. Jednak, jak się powiedziało "a", to trzeba powiedzieć "b", a nawet resztę alfabetu ;-), a ponieważ nie wszyscy będą mieli okazję i czas, by przyjść posłuchać wykładu dziś tutaj o dodatku do witaminy D3, bez którego nie możemy się obejść.
 
Nie ulega żadnej wątpliwości, że najlepszą formą witaminy D3 jest ta, która powstaje w naszej skórze pod wpływem słońca.
W efekcie ekspozycji na promieniowanie UV z cholesterolu w naszej skórze syntetyzowany jest siarczan witaminy D3. Siarczan witaminy D3 jest substancją rozpuszczalną w wodzie i z tego powodu może łatwo przemieszczać się w krwiobiegu i docierać do miejsc zapotrzebowania. W suplementach diety witamina D3 występuje w formie niesiarczanowanej, a tym samym nierozpuszczalnej w wodzie. Witamina D3 w takiej postaci jest transportowana w naszych organizmie za pomocą LDL-u, potocznie nazywanego "złym" cholesterolem (co zresztą nijak się ma do tego, czym rzeczywiście jest ta cząstka, ale to już inna sprawa :-).
To, że witamina D3 powinna być wytwarzana przez nasz organizm, a nie podawana doustnie doskonale pokazuje fakt, że witamina ta jest jedyną, która nie jest obecna w mleku kobiecym.
 
Niestety nie zawsze mamy możliwość skorzystać ze słońca w stopniu wystarczającym, by wytworzyła się odpowiednia ilość witaminy D3. Jeśli nie mamy też możliwości, by skorzystać z tzw. bezpiecznych łóżek opalających (czyli z zmniejszoną ilością promieniowania UVA) pozostaje nam doustna suplementacja. Wybierając suplementy musimy pamiętać, by zawierały one wyłącznie witaminę D3 (cholekalcyferol, pochodzenia zwierzęcego), a nie witaminę D2 (ergokalcyferol, pochodzenia roślinnego). Nie tylko witamina D2 jest dużo mnie efektywna, ale w niektórych przypadkach może wręcz szkodzić zdrowiu.
 
Powszechnie panuje fobia co do bezpieczeństwa stosowania długotrwałej suplementacji witaminą D3 lub suplementacji wysokimi dawkami. Jak to zwykle bywa nawet w najbardziej rozmijających się z prawdą tego typu przekonaniach jest w nich ziarno prawdy. Tak jest również z witaminą D3. Pośród różnych swoich funkcji witamina D3 jest odpowiedzialna za gospodarkę wapniem. Najgorsze co może się nam przytrafić to suplementacja witaminą D3 i wapniem... jeśli nie dodamy do tego zestawu innej witaminy - witaminy K2. Przyczyną ewentualnej toksyczności witaminy D3 tak naprawdę jest niedobór witaminy K2.
 
Dlaczego?
 
Mówiąc prosto i obrazowo, witamina K2 zapewnia nam to, że wapń, w gospodarce, którego bierze udział witamina D3, trafia we właściwe miejsca w naszym organizmie (a nie np. do blaszek miażdżycowych w tętnicach). Zażywanie witaminy D3 zwiększa nasze zapotrzebowanie na witaminę K2, ponieważ stymuluje produkcję białek zależnych od witaminy K2.
 
Witamina K2 jest produkowana w naszym organizmie przez florę bakteryjną. Jeśli jednak nasza flora bakteryjna jest w złej kondycji (ręka w górę u kogo jest dobrej kondycji :-) lub jeśli zażywamy doustną witaminę D3 musimy dostarczać sobie witaminę K2 z żywności. Witamina K2 (a dokładniej jedna z jej form, MK-7) jest obecna w produktach fermentowanych: warzywach i niektórych serach (gouda, cheddar), oczywiście tych "prawdziwych". Szczególnie wysoką zawartością witaminy K2 cechuje się natto, czyli fermentowane ziarna soi o bardzo intensywnym zapachu. Przyznam, że mimo, że jestem otwarta na eksperymenty kulinarne jeszcze nie udało mi się przekonać do tego produktu :-) Pozostają więc kiszonki, sery... oraz witamina K2 w kapsułkach, ale wyłącznie naturalnego pochodzenia (z natto).
 
A czy wiecie dlaczego witamina K (bo mamy jej kilka typów) nazywa się witamina K? Od słowa "koagulacja" (ang. coagulation). Ze względu na rolę tej witaminy w zapobieganiu koagulacji krwi (zlepianiu się składników krwi). Z tego powodu enzym uzyskiwany z natto, o nazwie nattokinaza, stosowany już od ponad 20 lat, jest skutecznym środkiem rozrzedzającym krew, który z powodzeniem może być stosowany jako całkowicie bezpieczna alternatywa dla takich środków, jak rozrzedzająca krew aspiryna.
 
 
Literatura:
 
- Ebina i inni (2012). Vitamin K2 administration is associated with decreased disease activity in patients with rheumatoid arthritis. Modern Rheumatology, DOI 10.1007/s10165-012-0789-4. 
- Heaney i inni (2011). Vitamin D3 is more potent than vitamin D2 in humans. JCEM 96:E447-E452.
- Schurgers i inni (2007). Vitamin K-containing dietary supplements: comparison of sythetic vitamin K1 and natto-derived menaquinone-7. Blood 109:3279-3283.

 
Na fotografii zeszłoroczna jesień w naszym parku. Już się nie mogę doczekać tegorocznych spacerów :-)
Do posłuchania cudowny "staroć" - Irena Santor w duecie Pawłem Kukizem "Już nie ma dzikich plaż" - znam na pamięć, tyle razy wysłuchałam i odśpiewałam stojąc w korku na autostradzie gdzieś między Zadarem a Splitem :-)
 
 
Mój wykład na temat witaminy D3

Powiązane posty:  
Astaksantyna - królowa antyoksydantów
Gęstość kości a rak piersi

wtorek, 10 września 2013

Kilka faktów dotyczących soi

Deszcz, wcześnie zapadające ciemności, chłodne wieczory. Nie da się ukryć, idzie jesień. Jak dla mnie też fajnie :-)
Przy okazji poprzedniego postu zostałam "wywołana do tablicy" ;-) w sprawie soi. Zgodnie z obietnicą dzisiaj więc przyjrzyjmy się bliżej nasionom tej jakże sławnej rośliny.
 
 
Oto kilka dość "niewygodnych" faktów dotyczących soi.
Czy wiecie, że:
  • Ze względu na wysoką zawartość fitoestrogenów w soi wypijanie przez kobietę dwóch szklanek mleka sojowego dziennie wystarczy, by spowodować poważne zaburzenia cyklu menstruacyjnego. Fitoestrogeny obecne w soi przypominają kobiece estrogeny i są rozpoznawane przez błonowe receptory dla estrogenów. Powodują one zaburzenia gospodarki hormonalnej organizmu, mogą powodować niepłodność i sprzyjają rozwojowi nowotworu piersi.
  • W mleku sojowym dla niemowląt stwierdza się nawet 200 razy więcej manganu niż w mleku kobiecym. Niedojrzała wątroba niemowląt nie jest w stanie zmetabolizować takich ilości manganu. Zbyt wysoki poziom manganu w surowicy niemowląt może prowadzić do zaburzeń centralnego systemu nerwowego, a objawy tych zaburzeń mogą być widoczne nawet dopiero w okresie dorosłości. 
  • Mieszanki zastępcze na bazie soi są szczególnie bogate w fitoestrogeny, mogą zawierać nawet 20 000 razy więcej estrogenów niż mleko kobiece. W przeliczeniu na masę niemowlęcia dzienna dawka estrogenów wypijanych w mieszance mlekozastępczej z soi może odpowiadać nawet 5-ciu pigułkom antykoncepcyjnym
  • W ziarnach soi stwierdza się zbyt wysokie dawki aluminium. Jest to związane z obróbką ziaren, które są myte w specjalnych kwasach w pojemnikach aluminiowych. 
  • Ziarna soi zawierają duże ilości saponin. Saponiny chętnie wiążą się z białkami i znacząco zmniejszają ich biodostępność. Ponadto, saponiny działają podobnie jak detergenty (stąd ich nazwa, od ang. soap - mydło),w zetknięciu z nabłonkiem jelit powodują jego podrażnienie, a nawet uszkodzenie, co skutkuje tzw. zespołem przeciekającego jelita.  
  • Soja zawiera hemaglutyninę, która jest substancją powodującą zlepianie się czerwonych krwinek. Skutkuje to zmniejszeniem absorpcji tlenu przez krwinki i sprawia, że transport tlenu do tkanek jest mniej efektywny. 
  • Goitrogeny obecne w soi hamują produkcję hormonów tarczycy, a to z kolei zaburza funkcjonowanie tarczycy.
  • Fityny, występujące w soi w dużych ilościach, wiążą jony metali, a tym samym utrudniają ich wchłanianie. Spośród nich wiele jest bardzo ważnych dla funkcjonowania naszego organizmu (np. jony żelaza, cynku, wapnia, czy magnezu). Spożywanie mięsa zmniejsza ten negatywny efekt fityn. Dlatego wegetarianie, których dieta jest bogata w soję, paradoksalnie, powinni spożywać więcej mięsa.
 
Bardzo poważnym problemem, o którym nie można nie wspomnieć w tym miejscu jest to, że większość soi na rynku pochodzi z upraw GMO, czyli organizmów genetycznie modyfikowanych.
 
Dzięki modyfikacji genetycznej rośliny soi są odporne na działanie herbicydu Roundup. Uprawy soi GMO są tańsze i bardziej wydajne dzięki częstym opryskom Roundupem, ale herbicyd ten pozostaje w soi i jest przez nasz zjadany wraz z ziarnami soi. Ponadto, bakteryjne DNA wprowadzone do genomu soi, w celu uodpornienia jej na działanie Roundupu, może ulegać transferowi do genomu bakterii żyjących w naszych jelitach. Białko produkowane w komórkach soi w wyniku manipulacji genetycznej jest potencjalnym alergenem. Ponieważ DNA odpowiedzialne za produkcję tego białka obecne jest w bakteriach w naszych jelitach, jeśli zjadamy soję GMO, również bakterie te mogą produkować potencjalnie alergizujące białko z soi. W ten sposób nawet po zaprzestaniu spożywania genetycznie modyfikowanej soi alergia na jej białko będzie się utrzymywała.
 

Jednak nie wszystkie produkty na bazie soi to samo zło.

Pewna grupa produktów uzyskiwanych z niemodyfikowanej genetycznie soi stanowi źródło bardzo cennych składników odżywczych. Są to produkty z soi fermentowanej. Długa i powolna fermentacja soi powoduje redukcję zawartości niekorzystnych antysubstancji odżywczych oraz powstanie substancji korzystnych dla zdrowia. Do produktów opartych na fermentowanej soi należą sos sojowy (tylko taki, który jest uzyskiwany tradycyjnymi metodami!), miso – solona pasta o konsystencji masła, czy natto – kleiste fermentowane ziarna soi i silnym zapachu sera. Jedną z najważniejszych zalet fermentowanej soi, zwłaszcza natto, jest witamina K2. Witamina K2 działa na zasadzie synergii z witaminą D3, stanowi podstawę prewencji osteoporozy, chroni przed chorobami serca i zapobiega chorobom degeneracyjnym mózgu. Witamina K2 często nazywana jest „zapomnianą witaminą”, ponieważ jej niebagatelne znaczenie dla naszego organizmu jest pomijane. Nazwa „witamina K” pochodzi od słowa „koagulacja” (ang. koagulation) i odzwierciedla jej znaczącą rolę w zapobieganiu koagulacji krwi (zlepianiu się składników krwi). Z tego powodu enzym uzyskiwany z natto, o nazwie nattokinaza, stosowany już od ponad 20 lat, jest skutecznym środkiem rozrzedzającym krew, który z powodzeniem może być stosowany jako całkowicie bezpieczna alternatywa dla takich środków, jak rozrzedzająca krew aspiryna. 

 
Literatura:
- Cook i inni (1981) The inhibitory effect of soy products on nonheme iron absorption in man. Am J Clin Nutr 34:2622-2629
- Fitzpatrick (2000) Soy formulas amd the effects of isoflavones on the thyroid. NZ Med. 113:24-26
- Setchell i inni (1997) Exposure of infants to phyto-oestrogens from soy-based infant formula. Lancet 350:23-27 
 
 
Na fotografii przecudnej urody kolory Plitwickich Jezior, wspomnienie z tegorocznych wakacji.
Do posłuchania Agnes Obel - Brother Sparrow.
 
 
 

 

środa, 4 września 2013

Zaproszenie na wykład.

Serdecznie zapraszam na mój wykład o witaminie D3 - nie wątpię, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie :-)

Wykład odbędzie się w ramach XXXVIII targów "Bliżej zdrowia, bliżej natury", na których mam przyjemność gościć już od lat.

Sala Koncertowa Centrum Kultury Katowice, przy Placu Sejmu Śląskiego.
piątek 20.09.2013, godzina 18.00.
Po pracy, w sam raz na dobry początek ponownych zmagań z pracą i szkołą :-)
 
ZAPRASZAM!

poniedziałek, 2 września 2013

Mężczyzna - "wymierający gatunek".

Tegoroczne wakacje, zakończyłam, nie ukrywam z łezką w oku, weekendem w przemiłym towarzystwie i cudownym miejscu, na stoku jednej z brenneńskich gór. Jesienny już chłód w końcu zapędził nas pod dach, w bliskie sąsiedztwo rozpalonego kominka. Do późnej nocy uskutecznialiśmy "Polaków (i nie tylko) rozmowy" na tematy różne, w tym, jakżeby inaczej, również na tematy związane ze zdrowiem.
 
Do napisania dzisiejszego posta zainspirowała mnie jedna z moich ulubionych lekarek, którą gorąco pozdrawiam :-) opowiadając o swoich oraz męża, również lekarza, obserwacjach dotyczących pacjentów. Obserwują oni coraz częściej, zwłaszcza u młodych mężczyzn nadmierne powiększenie gruczołów mlekowych, czyli innymi słowy piersi, fachowo nazywane ginekomastią
Problem ten jest jednym z wielu, które stawiają już nie pod znakiem zapytania ale pod wielkim alarmującym wykrzyknikiem kwestię bezpieczeństwa dla naszego zdrowa spożywania niefermentowanej soi.
 
W literaturze naukowej można znaleźć (zwłaszcza w tej najnowszej) wiele badań pokazujących ewidentny związek spożywania soi z problemami hormonalnymi i zaburzeniami płodności u mężczyzn (jak również u kobiet). Z drugiej strony znajdziemy też publikacje naukowe zaprzeczające takowemu związkowi. Nic dziwnego. Nie jest tajemnicą, że nazwanie soi niezdrową spowodowałoby ogromne straty finansowe gigantycznych firm związanych z "przemysłem sojowym".
 
W trakcie jednej z debat rządowych w USA dotyczących zagrożeń związanych z bisfenolem A (BPA) doktor John Peterson Myers z Environmental Health Sciences, który opublikował szereg badań swoich i współpracowników dotyczących szkodliwości tej substancji zdesperowany brakiem reakcji na jego argumenty odniósł się do "wiarygodności" badań dowodzących, że palenie papierosów nie ma żadnego związku z zachorowaniem na raka. Bez efektu. Zarzucono mu, że nie kieruje się "niezależnymi" badaniami, bo odnosi się do badań własnych. Co ciekawe w opozycji to tych "nie niezależnych" badań doktora Myers'a były badania finansowane przez przemysł tworzyw sztucznych, które pokazywały, że BPA nie stanowi zagrożenia. Te niby miały być tymi "niezależnymi"????
Ostatecznie doktor Myers nic nie wskórał w tej debacie i jak do tej pory w niewielu krajach NIEZALEŻNYM naukowcom udało się przemówić do rozsądku władz i wprowadzić rządowe obostrzenia dotyczące obecności BPA w opakowaniach produktów spożywczych.
 
Oba wspomniane powyżej składniki żywności, czyli soja, a dokładniej fitoestrogeny sojowe oraz BFA zaburzają rozwój małych chłopców, a następnie wpływają na zdrowie hormonalne młodych mężczyzn.
 
Z racji silnego działania i wszechobecności tych składników negatywne procesy zachodzą tak szybko, że wkrótce słowa, którymi zatytuowałam ten post mogę przestać być zabawne, a nasza ulubiona komedia "Seksmisja" zyska nowy wymiar.
Niefermentowana soja to nie tylko tofu i kotlety sojowe. Soja to również karma dla zwierząt oraz wszędobylskie hydrolizaty sojowe dodawane niemal do każdego typu żywności. Izoflawony (fitoestrogeny) sojowe powodują ograniczenie aktywności podziałowej w tzw. komórkach Leydig'a, znajdujących się w męskich gonadach i odpowiedzialnych za produkcję testosteronu. Ograniczenie liczby komórek Leydig'a skutkuje zmniejszonym wydzielaniem testosteronu przez gonady. To z kolei zaburza rozwój seksualny chłopców i w późniejszym czasie wpływa zarówno na ich zachowania seksualne, jak i na płodność.
BFA oraz ftalany (inny składnik tworzyw sztucznych), jak pokazuje szereg badań na zwierzętach, nie tylko wpływają negatywnie na jakość plemników (ich ruchliwość i żywotność) i ograniczają ich produkcję. Te substancje chemiczne są szczególnie niebezpieczne dla rozwijających się płodów i z powodu zaburzeń rozwoju układu rozrodczego u nienarodzonych jeszcze chłopców mogą być przyczyną ich poronień. Naukowcy w wysoko uprzemysłowionych regionach świata obserwują, że rodzi się więcej dziewczynek niż chłopców, a chłopcy coraz częściej rodzą się z nieprawidłowo ukształtowanymi genitaliami.
 
Polecam do obejrzenia poniższy film "The disappearing male" (w języku angielskim). Louis Guillette, który jest profesorem zoologii z University of Florida i zajmuje się biologią aligatorów w bardzo trafny sposób ujął co jest powodem "niejasności i sprzeczności" docierających do nas informacji - prawidłowo przeprowadzona dezinformacja jest równie skuteczna jak informacja. I na tą właśnie dezinformację jesteśmy nieustannie narażeni.
 
Literatura:
- Hu i inni (2010). Effects of genistein and equol on human and rat testicular 3beta-hydroxysteroid dehydrogenase and 17beta-hydroxysteroid dehydrogenase 3 activities. 12(4):519-26
- Li i inni (2011). Urine bisphenol-A (BPA) level in relation to semen quality. Fertil Steril 95(2):625-30 
- Sherrill i inni (2010). Developmental exposures of male rats to soy isoflavones impact leydig cell differentiation. Biology of Reproduction 83(3):488-501
- Siepmann i inni (2011). Hypogonadism and erectile dysfunction associated with soy product consumption. Nutrition. 27(7-8):859-62
 
Na fotografii przecudnej urody ujście rzeki Cetiny do Morza Adriatyckiego.