niedziela, 9 listopada 2014

Poznacie ich po owocach ...

"(...) Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? (...)" - Ewangelia według św. Mateusza 15-16.
 
Nie, nie, spokojnie, nie zmieniam profilu tego bloga na religijny :-) Te biblijne znane od wieków słowa mądrości doskonale oddają sens refleksji dotyczącej zdrowia i naszej walki o nie, która przyszła mi dziś do głowy.
 
Możesz pokonać raka, nowy styl życia. Antyrak, nowy sposób życia. Uleczyć nieuleczalne. Wylecz cukrzycę. Prosta droga do zdrowia. Ukryta prawda. Trzy kroki do zdrowia. Kuracja życia. Witamina B17, lekarstwo na raka. Możesz uzdrowić swoje ciało. Nieznana medycyna, skuteczne i tanie terapie chorób zagrażających życiu, które wytrzymały próbę czasu. Nowoczesne leczenie raka. Naturalne strategie w walce z rakiem.
Domyślacie się już zapewne co napisałam powyżej. Tytuły książek. Zaledwie kropla w morzu tytułów dotyczących zdrowia, odkrywczych metod leczenia i zaskakujących faktów. Dostępnych na naszym rynku w dużych księgarniach sieciowych i w tych mniejszych, książek wydawanych przez duże znane wydawnictwa i przez te małe, książek za którymi stoją sponsorzy środków, które przy okazji książki te promują, jak i książek, których proces wydawniczy finansowany jest bardziej indywidualnie i ma celu promowanie wyłącznie autora.
 
Masz raka? Podpowiemy ci gdzie go dobrze leczą.
Nazywam się xxx xxx, powiem ci jak wyleczyć nieuleczalne.
Tylko xxx xxx, jedyny terapeuta, który potrafi wyleczyć raka.
Tylko my wiemy jak cię wyleczyć.
Mój gabinet to miejsce gdzie twój organizm odzyskuje naturalną równowagę.
Każdy, kto boryka się z nieuleczalną lub przewlekłą chorobą, doskonale zna te hasła. Każdy, kto choruje ma nadzieję, że te słowa są prawdziwe, że miał niezwykłe szczęście, że natrafił na namiary do cudotwórcy, który uratuje mu życie.
 
Problem polega na tym, że każdy z tych terapeutów chce nam zaproponować coś innego, a często sprzecznego ze sobą. Problem polega na tym, że jeśli chcielibyśmy kierować się informacjami zawartymi we wszystkich tych książkach musielibyśmy nic nie jeść, bo dosłownie wszystko, w zależności od autora, jest kluczem do naszego zdrowia. Każdy z terapeutów poleci nam zakupić mnóstwo potrzebnych nam środków, na które nie będzie nas stać, a książki uświadomią nam, że to, co do tej pory robiliśmy było wielki błędem mimo, że przeczytaliśmy o tym w książce, której autor zapewniał, że to jedynie słuszna droga do zdrowia.
 
 
Czy w takim razie to wszystko jest nic nie warte? Czy mam dać sobie spokój, przestać szukać? Czy nikt mi nie może pomóc?
Oczywiście, że nie. Oczywiście, że możemy wiele zrobić dla siebie. Oczywiście, że wiele książek i wielu terapeutów to dla nas nadzieja i szansa.
 
Czym więc się kierować? Jak się odnaleźć w tym gąszczu rad, gdy idzie o nasze zdrowie i życie? Komu zaufać? Komu oddać w ręce własne zdrowie?
"Po owocach ich poznacie". Św. Mateusz pisze o słowach wypowiedzianych przez Jezusa odnośnie proroków, tych fałszywych i tych prawdziwych. Myślę jednak, że możemy je z powodzeniem sparafrazować odpowiadając na powyższe pytania dotyczące terapeutów i terapii. Po owocach ich poznacie. Sprawdzajcie te owoce, upewnijcie się, że są i upewnijcie się, że są dobre. Upewnijcie się kim jest osoba, która wam coś oferuje, czym się podpiera udzielając wam porad. Upewnijcie się kim jest autor książki i ilu ludziom pomógł tym, co oferuje wam na stronach książki.
 
 
Niniejszy wpis dedykuję tym, którzy walcząc ze swoją chorobą, często po prostu walcząc o życie, przeszli "przez ręce" wielu terapeutów i tzw. "terapeutów", a na końcu tej drogi zostali sami, sami ze swoją chorobą, sami ze skutkami ubocznymi terapii i sami z pytaniem "co dalej?" Dziękuję, że się tym ze mną dzielicie...
 
 
Na fotografii nasza urocza jesień na Północy Szwecji :-) Jedne z wielu pięknych jarzębin rosnących pod Uniwersytetem. I rower, nieodłączny element tutejszego krajobrazu bez względu na pogodę :-)
Do posłuchania "Sing" - Gary Barlow i Commonwealth Band. ...To hear a thousand voices shouting love and life and hope...
 
 
 
 

niedziela, 5 października 2014

Dziecięcy rakotwórczy hit z ostatnich miesięcy - gumki "loom band"

 
Dzisiaj tak trochę nietypowo, bo w formie ostrzeżenia.
 
Tu gdzie jesteśmy teraz, w Szwecji, jeszcze nie dotarł szał "loombandowy". Moja córka zachwyciła się zdjęciami przysyłanymi przez koleżanki cudów zrobionych z tych kolorowych gumek. Samej mi się spodobały. "Wygooglowałam" więc to coś i znalazłam alarmujące informacje. Ponieważ szaleństwo loombandowe jest tak powszechne postanowiłam napisać kilka słów na ten temat, bo być może nie wszyscy rodzice mają świadomość tego czym być może bawią się ich dzieci.
 
W sierpniu tego roku The Birmingham Assay Office, niezależna organizacja zajmująca się badaniem bezpieczeństwa produktów w Wielkiej Brytanii, znalazła w loom bands niebezpiecznie wysokie ilości ftalanów. Ftalany są substancjami dodawanymi do plastiku w celu nadania mu odpowiedniej twardości i giętkości. Mają działanie rakotwórcze, mutagenne i wpływają negatywnie na płodność.
 
Wprawdzie obecne na rynku brytyjskim produkty z tej serii różniły się zawartością ftalanów, jednak wszystkie były oznaczone unijnym znakiem bezpieczeństwa CE. Szczególnie wysoką zawartością ftalanów charakteryzowały się zawieszki do bransoletek, które dziewczynki chętnie wykonują z loom bands. Niektóre zawierały nawet powyżej 50% ftalanów, a poziom dopuszczalny w UE to 0,1%. Zwrócono uwagę, że zawieszki na bransoletkach są chętnie nawet nieświadomie wkładane przez dzieci do ust, co czyni je szczególnie niebezpiecznymi ze względu na łatwość przedostania się ftalanów do organizmu. Jednak również samo noszenie bransoletek i ich długotrwały kontakt ze skórą sprawia, że ftalany przedostają się do organizmu przez skórę. 
 
Moją uwagę zwraca przy tej okazji "dopuszczalny poziom substancji toksycznej", parametr wszystkich produktów na rynku poczynając od wyposażenia wnętrz i ubrań, przez kosmetyki aż do żywności i suplementów diety.
 
Jak jest ustalany?
Oczywiście ze względów humanitarnych na podstawie badań na zwierzętach, nie na ludziach. Czy zwierzę jest w stanie zgłosić objawy typu ból głowy? Nie ...
Jak długo podaje się daną substancję zwierzętom by sprawdzić czy ma podostre i podprzewlekłe działanie toksyczne? 
28 do 90 dni. Zaledwie ... 
Jak długo testuje się produkt pod względem toksyczności przewlekłej?
2 lata. Macie jakiś ulubiony produkt, który stosujecie LATAMI? Na pewno ...
 
Podręczniki do toksykologii podają, że bezpośrednie przeniesienie dawek uzyskanych z badań na zwierzętach a ludzi uwzględniając tylko różnicę w masie ciała jest obarczone bardzo dużym błędem. Działanie substancji toksycznej w danym organizmie zależy od wielu czynników - stanu odżywienia organizmu, schorzeń, środowiska, w którym  żyje, interakcji z innymi czynnikami toksycznymi itd. itp. Czy uwzględnia się te czynniki w ustalaniu "dopuszczalnego poziomu substancji toksycznej"? Nawet jeśli chcemy i bardzo się staramy to czy jesteśmy w stanie przewidzieć i uwzględnić wszystkie te czynniki? Nie sądzę ...
 
Wracając do magicznych gumek loom band z "dopuszczalnym" poziomem ftalanów i certyfikatem bezpieczeństwa UE. Warto zafundować dziecku kontakt z tym "dopuszczalnym" poziomem ftalanów? Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wielu substancji toksycznych w otoczeniu i żywności nie sposób uniknąć, jednak stary dobry sznurek wydaje mi się bezpieczniejszym rozwiązaniem niż kolorowe gumki...
 
Na fotografii - loom bands, źródło www.mirror.co.uk.
Do posłuchania Indians w "Oblivion" z filmu "Gwiazd naszych wina". Przepiękny kawałek, podobnie jak inne w tym filmie, obejrzałam dzisiaj.
 
 
 
 
 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Szwecja - pierwszy kraj, który odrzucił dogmaty dotyczące tłuszczu.

Nasze życie w Szwecji powoli zaczyna przybierać przynajmniej pozory normalności. Jeszcze się organizujemy ale już z przewagą normlanych aktywności codziennego życia. Jednak "normalność" jest na razie pozorna, bo czeka nas długa droga zdobywania wiedzy na temat kraju i ludzi, którzy nas otaczają. Ciekawe, czy wystarczy nam czasu żeby przekonać się jaki naprawdę jest ten kraj przed powrotem do naszego. O tym, co oznacza proces takiej "edukacji" napisał w swojej książce "Jak żyć szczęśliwie w innym kraju" Andrzej Olkiewicz, który od ponad 50 lat mieszka i pracuje w Szwecji (Asiu, dziękuję za ten namiar :-).
 
Na blogu o zdrowiu oczywiście i tym razem będzie o zdrowiu, ale ze szwedzkim akcentem :-)
 
Wcześniej odwiedzałam Szwecję kilka razy, z różnych powodów. Moja pierwsza wizyta miała miejsce w Lund, gdzie mieszka Uffe Ravnskov, autor książki "Cholesterol - naukowe kłamstwo", którą miałam przyjemność tłumaczyć na język polski. Książka ta ukazała się w Szwecji w 1991 roku. Od tego czasu losy koncepcji dieta-serce i fobii cholesterolowej przechodziły tu swoje wzloty i upadki, niemniej jednak Szwecja od jakiegoś już czasu wyróżnia się na tle innych krajów swoją postępowością w obalaniu mitu cholesterolowego a w ubiegłym roku Szwecja została pierwszym krajem "bloku zachodniego", który oficjalnie odrzucił dogmat diety niskotłuszczowej na rzecz promowania diety niskowęglowodanowej i wysokotłuszczowej. Jak to nieco żartobliwie komentowano, niniejszym sławne szwedzkie meatballs (mięsne kulki, polskie "mini mielone") wreszcie są ok :-)
 
Zmiany zaleceń dietetycznych dokonano w Szwecji po opublikowaniu w zeszłym roku raportu badań Swedish Council on Health Technology Assessment (SBU), szwedzkiej rządowej agencji zajmującej się szeroko pojętą opieką zdrowotną.
SBU przeprowadziło szczegółową analizę 16 tysięcy badań naukowych opublikowanych do maja ubiegłego roku i doszło do tego samego wniosku, co 25 lat wcześniej doktor Ravnskov - że to nie tłuszcz zwierzęcy jest naszym wrogiem.
Zastanawiające, że wnioski są podobne mimo 25-letniego postępu metod diagnostyki, leczenia i metod naukowych, i mimo "najszczerszych chęci" niektórych by nas przekonać, że jest inaczej...
 
Najpopularniejszym w Skandynawii blogiem dotyczącym zdrowia jest DirectDoctor.com prowadzony przez szwedzkiego lekarza Andreasa Eenfeldt'a. Akurat dzisiaj natknęłam się w tutejszej telewizji na jego wykład i dyskusję z nim. Doktor Eenfeldt jest wielkim orędownikiem diety niskowęglowodanowej i wysokotłuszczowej (LCHF). Na swoim blogu pisze o sobie: "Moim celem jest znalezienie sposobu na to, jak możemy żyć w zdrowiu stosując naturalne metody takie, jak odpowiednie odżywianie, ćwiczenia fizyczne i może jakiś jeden czy dwa suplementy (np. witamina D)". I, że tak powiem, doktor Eenfeldt z ust mi to wyjął :-)
 
Najnowsze zalecenia SBU głoszą, że masło, oliwa (z oliwek), tłusta śmietana i bekon nie są żywnością szkodliwą. Wprost przeciwnie. Tłuszcz jest najlepszą rzeczą dla tych, którzy chcą stracić zbędne kilogramy. A związek pomiędzy spożyciem tłuszczu a chorobami serca i układu krążenia nie istnieje. Co ciekawe komitet powyższych badań SBU składał się z lekarzy, wśród których niektórzy na początku prowadzonych studiów byli sceptyczni w stosunku do LCHF, jednak po 2 latach prac nad tym tematem komitet wydał zgodną opinię.
 
W swoim raporcie SBU zżyma się również na to, że opieka medyczna w Szwecji od wielu lat zaleca ograniczanie spożycia tłuszczów nasyconych a dietę LCHF (która jest tak naprawdę  właśnie szwedzkim "wynalazkiem") określa jako niebezpieczną i nie popartą badaniami naukowymi. Zarzuty SBU co do opieki medycznej dotyczą również karygodnego zalecania osobom chorym na cukrzycę dużej ilości owoców oraz restrykcyjnego stosowania produktów niskotłuszczowych charakteryzujących się wysoką zawartością cukru lub/i sztucznych substancji słodzących. Jeden z towarzyszących doktorowi Eenfeldt'owi rozmówców w programie, który dzisiaj obejrzałam, chory na cukrzycę, wyrażał swoje zdziwienie i oburzenie, że lekarze zalecają mu spożywanie tego, co mu szkodzi, czyli węglowodanów oraz stosowanie leków (insuliny), które go w końcu zabiją podobnie jak jego chorego na cukrzycę ojca, zamiast zalecenia prostego i bezpiecznego wyjścia jakim, jest znaczące ograniczenie węglowodanów, których nie jest w stanie prawidłowo metabolizować jego organizm.
 
Zapewne zmiany w świadomości ludzi potrwają jeszcze długo i zapewne nie obejdzie się bez perturbacji. Obecnie kupienie tu chleba bez cukru graniczny z cudem, jednak bez problemów jest dostępna na półkach każdego sklepu śmietana 40% i olej kokosowy. Ciekawe kiedy reszta świata zweryfikuje swoje tłuszczowe dogmaty. W końcu te 16 tysięcy badań przeanalizowanych przez SBU we wszystkich przeglądarkach medyczno-naukowych wyświetla się identycznie...
 
Literatura:
 
Na zdjęciu jeden z tutejszych pięknych widoków (zdjęcie z telefonu, nie zabrałam aparatu a szkoda było stracić okazję :-).
Do posłuchania Jan Garbarek i Agnes Buen Garnas z Norwegii, z płyty z 1988 "Rosenfole".
 
 
 
 
 

czwartek, 24 lipca 2014

Włosy - myć?

Wpadłam dziś tu na chwilę, żeby podzielić się z Wami małą dygresją po zakupieniu ... szamponu do włosów.
 
To, że parabeny są szkodliwe już w miarę powszechnie wiadomo. Nadal można je znaleźć w bardzo wielu kosmetykach, ale co bardziej świadomi wśród nas przelatują wzrokiem etykiety na kosmetykach upewniając się, że ten wybrany przez nas akurat parabenów nie zawiera. Niektórzy producenci hasła "bez parabenów" zaczęli nawet używać jako chwytu reklamowego i informują nas o tym wielkimi literami w widocznym miejscu, więc nie musimy nawet specjalnie szukać w składzie wypisanym mikroskopijnymi literkami.
Po parabenach jednak wybuchła kolejna bomba o nazwie "cocamide DEA" lub "cocamide diethanolamine". Substancja powszechnie stosowana w mydłach i szamponach jako czynnik spieniający okazała się być rakotwórcza. Mimo to w ubiegłym roku Amerykańskie Centrum Środowiska i Zdrowia w Kalifornii znalazło ją aż w 98 różnych szamponach i mydłach obecnych na rynku w USA (w tym "organicznych"). Sprawdźcie więc czy nie ma jej i w waszym.
 
I co?
Uf, w szamponie, którego rano użyliście do mycia włosów nie ma jej.
A co jest zamiast tego?
Pewnie to, co w moim - cocamidopropyl betaina...
... która w 2004 roku została ogłoszona ALERGENEM ROKU przez Amerykańskie Towarzystwo Kontaktowego Zapalenia Skóry. I znajduje się na liście w "doborowym towarzystwie" wraz z niklem (Alergen Roku 2008), czy kortykosteroidami (Alergen Roku 2005) - American Contact Dermatitis Society .
 
No cóż, może czas na zmianę "fryzury", może po prostu włosy są ... przereklamowane????
 
 
W tym roku moje wakacje wyglądają dość nietypowo, więc na fotografii wspomnienie z poprzednich - Omisz wieczorem.
A muzyka i obrazki z jednego z moich ulubionych filmów Eat, Pray, Love - Eddie Vedder.
 

sobota, 19 lipca 2014

Lipcowa Moda na Zdrowie - mięśnie

Jeśli wybieracie się na wakacje i w drodze lub na leżaku macie ochotę poczytać, polecam lipcową Modę na Zdrowie, a w niej między innymi mój artykuł o naszych niezwykłych mięśniach :-)
 
Już wkrótce napiszę coś również tu, tym razem z dalekiej Północy, na której zagoszczę na dłużej i gdzie mam nadzieję mieć więcej czasu na to co lubię, w towarzystwie zórz polarnych i w długie polarne noce :-)
 
Do Mody na Zdrowie nadal zapraszam co miesiąc. W sierpniu będzie o genialnej współpracy kości i stawów, a we wrześniu o magicznym tańcu, który niezmiennie trwa od zarania dziejów - o zapłodnieniu.
 
 
 
 
Dawno nie było nic do słuchania :-)
Na dzisiaj wakacyjnie romantyczny Ozark Henry i "Incurable romantic" :-)


 
 
 
 

niedziela, 1 czerwca 2014

Wykład - Czy wiesz co jesz?

Serdecznie zapraszam wszystkich na mój wykład, który odbędzie się 5 czerwca o godz. 20.30 w Fitness Premium Club - COB w Katowicach
Więcej informacji można znaleźć tutaj: WYKŁAD

ZAPRASZAM! :-)

niedziela, 4 maja 2014

Serce - majowa Moda na Zdrowie

Zapraszam do majowej Mody na Zdrowie. Tym razem piszę w niej o naszym wspaniałym sercu i niesamowitym układzie krwionośnym.
Miłego czytania :-)


sobota, 3 maja 2014

Jestem tendencyjna...

Powodem do napisania dzisiejszego posta stał się poniższy komentarz, który pojawił się pod moim wpisem o oleju lnianym  http://naturopatia-sanatum.blogspot.com/2013/06/olej-lniany.html .
Postanowiłam odpowiedzieć na niego w nowym wpisie, żeby moja odpowiedź nie zaginęła, bo przedstawione obiekcje autora są ważne i dziękuję za nie.
 
>>>To nie jest dobry artykuł. Jego teza jest następująca: Olej lniany jest zły (albo nie działający), Olej rybi jest dobry. Cała teza jest oparta na jednym badaniu klinicznym, którego wiarygodności ani celowości nie sposób zweryfikować. Obecnie można spotkać dziesiątki badań klinicznych, które udowodnią wszystko co "trzeba". Drugą podstawą formułowanej tezy, są niejasno sformułowane w artykule przypuszczenia na temat roli składu Oleju lnianego. Zupełnym nieporozumieniem jest operowanie przez Autorkę, pojęciem "olej rybi". Nic takiego nie istnieje. O ile istnieje olej lniany, to olejów uzyskiwanych z ryb może być bardzo wiele i różnych. Szkoda bo temat jest ciekawy, Autorka interesująca, a podejście wygląda na tendencyjne. <<<
 
 Zacznę z odrobiną sarkazmu. Nie byłby to pierwszy raz w historii nauki/medycyny gdy jeden projekt badawczy stał się podstawą potężnej teorii, w dodatku wiecznie żywej. Mam tu na myśli "legendarne" badania Ancel'a Keys'a dotyczące cholesterolu, które stały się fundamentem tzw. koncepcji Dieta-Serce, mimo tego, że były bardzo wątpliwie wiarygodne, wręcz zatajono w nich niewygodne rezultaty.
 
Ale żarty na bok ;-)
 
To, że przywołany w moim wpisie artykuł stał się powodem tego wpisu nie oznacza, że jest on jedyny. Zainteresowanym polecam artykuł przeglądowy o tej tematyce z 2006 roku z czasopisma American Journal of Clinical Nutrition, w którym, znajdziecie odnośniki do oryginalnych prac źródłowych (Wang i inni, 84:5-17, http://ajcn.nutrition.org/content/84/1/5.full.pdf+html ).
 
Jeśli wpiszemy w PubMed lub Google Scholar stosowne hasło znajdziemy również wiele artykułów, w których opisywane są badania dowodzące unikatowych właściwości prozdrowotnych oleju lnianego. Niestety badania naukowe trzeba umieć czytać i jako naukowiec z przykrością muszę się zgodzić w opinią autora komentarza, że obecnie można znaleźć badania, na postawie których można "udowodnić" praktycznie wszystko. Miałam wielkie szczęście tłumaczyć książkę wspaniałego i niezależnego lekarza oraz naukowca Uffe Ravnskova ("Cholesterol - naukowe kłamstwo"), i często się do niej odnoszę. Człowiek ten zadał sobie trud dogłębnego przeanalizowania literatury dotyczącej cholesterolu i opisuje między innymi, kolokwialnie rzecz ujmując, jaką ściemą mogą być badania naukowe.
 
Bardzo często bywa tak, że gubiąc się dżungli zaprzeczających sobie badań doznajemy olśnienia gdy sięgniemy do podstawowej wiedzy z zakresu fizjologii człowieka. Tak jest również w tym przypadku.
W podręcznikach dot. fizjologii człowieka znajdziecie następujące stwierdzenie:
>>>Eikonazoidy powstające w rodzinie omega-6 wzmagają krzepliwość, zwężają naczynia, stymulują postępowanie zmian miażdżycowych, nasilają reakcje zapalne i alergiczne a także stymulują proliferację komórek i rozrost tkanki nowotworowej, zwłaszcza w gruczole sutkowym, jelicie grubym i prostacie. Eikozanoidy z rodziny omega-3 działają odwrotnie, antyagregacyjnie, przeciwzapalnie, zmniejszają kurczliwość naczyń krwionośnych, przyczyniają się też do zahamowania zmian nowotworowych.<<<
Jak to się ma do przywołanego tu oleju lnianego i oleju rybiego?
Mimo, że olej lniany jest bogaty w kwas alfa-linolenowy (ALA) należący do kwasów omega-3, któremu przypisywane są prozdrowotne właściwości oleju lnianego, jednak oprócz tego zawiera również sporo kwasów omega-6, bo aż 16% wszystkich kwasów tłuszczowych. Nie jest to oczywiście tak dużo jak w oleju słonecznikowym (71%), kukurydzianym (57%) czy sojowym (54%), niemniej jednak znacząco więcej niż w oleju rybim, w którym zawartość omega-6 jest tak niska, że praktycznie do pominięcia. A to oznacza, że spożywanie dużych ilości oleju lnianego jest jak równoczesne naciskanie na gaz i na hamulec, z jednej strony pozytywne efekty ALA, z drugiej negatywne efekty omega-6.
 
Nie bardzo rozumiem zarzut autora powyższego komentarza co do terminu "olej rybi". Olej rybi jest tłuszczem pochodzącym z ryb. Szczególnym rodzajem oleju rybiego jest tran. Zdarza się, że każdy olej rybi nazywany jest tranem jednak nie jest to zgodne z przyjętą terminologią. Termin "tran" jest bowiem zarezerwowany dla oleju wątłuszowego, czyli oleju z wątroby dorszowatych.
 
Aż wreszcie na koniec to, co umieściłam w tytule. Jestem tendencyjna?
 
Podkreślam to zawsze, na każdym kroku, przy każdej okazji, również w tym blogu, w opisie mojego profilu, na mojej stronie - jestem fanką kwasu eikozapentaenowego (EPA), należącego do omega-3. Pod jego "cudownością" podpisuję się obiema rękami i nogami już od lat. I nie wstydzę się tego. Bo mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, nie przesadzając, że odpowiednie odżywianie i EPA uratowały mi życie. Dlatego jestem wielką orędowniczką obu, prawidłowego odżywiania i EPA. Obu tematom poświęcam mnóstwo swojego czasu, tak w teorii (zgłębiając wiedzę), jak i w praktyce - zajmując się doradztwem żywieniowym oraz dystrybucją preparatów na bazie EPA. I obie te działalności przydarzyły mi się z tego samego powodu - od lat dzieliłam się zarówno swoimi doświadczeniami w tym zakresie, jak i zamawianymi w UK na własny użytek preparatami z EPA, aż wreszcie przyjęło to takie rozmiary, że wiele osób zaczęło mnie wręcz prosić o to, żebym zrobiła z tego również moją pracę, nie tylko hobby.
Jak zapewne zauważyliście jestem również gorącą zwolenniczką oleju kokosowego, choć go nie sprzedaję. Homeopatii - choć nie jestem właścicielka apteki homeopatycznej. Innych niż cukier i syntetyki substancji słodzących choć nie prowadzę sklepu ze zdrową żywnością. Astaksantyny, witaminy D3 itd., itp.
 
Czy jestem więc tendencyjna? Moja odpowiedź brzmi - ABSOLUTNIE NIE.
 
Po prostu robię to, w co wierzę. Mimo, że często wymaga to ode mnie rezygnowania z wolnego czasu i wybierania między tym, a rodziną, bo nadal niezależnie od tego pracuję naukowo i uczę studentów studiów biologicznych. Nie sztuką jest narzekać, oceniać, krytykować, znajdować dziury w całym. Sztuką jest coś robić z tym, w co wierzymy. Amen.
 
Podsumowując ten dzisiejszy nieco długi wpis zapewniam, że do tematu oleju rybiego i EPA wrócę jeszcze nie jeden raz. I na pewno nie dlatego, że jestem tendencyjna :-)
 
 
 
W załączeniu tradycyjnie fotografia - jedna  z moich ulubionych z przemiłymi wspomnieniami. Moja wówczas 7-letnia Zosia w roli Kleopatry, z najprawdziwszym w świecie wężem na głowie. Każdemu życzę takiej odwagi i zaufania właściwej osobie :-)
No i muzyka. Dzisiaj piosenka, którą lubimy obie z Zosią - The Lumineers i "Ho hey".
 
 
 
 

 

 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Homocysteina - czynnik ryzyka nie tylko miażdżycy


O homocysteinie już pisałam jako o czynniku ryzyka miażdżycy. Jej nagminne pomijanie w diagnostyce i profilaktyce choroby wieńcowej i miażdżycy nadal mnie zadziwia tym bardziej, że nawet na stronach laboratoriów analitycznych badanie poziomu homocysteiny wchodzi w zakres badań diagnostycznych tych schorzeń. Tu przykład ze strony sieci laboratoriów Diagnostyka http://www.diag.pl/Badanie-Homocysteina.93+M5e684ea0828.0.html
 
Jednak miażdżyca to nie tylko jeden z potencjalnych skutków zbyt wysokiego poziomu homocysteiny w krwi.
 
Lista schorzeń, przy których wymienia się homocysteinę jako czynnik ryzyka jest długa:
  • nowotwory,
  • cukrzyca,
  • choroby tarczycy,
  • choroby neurodegeneracyjne,
  • depresja i zaburzenia nastroju,
  • niepłodność,
  • zapalenie jelit,
  • zespół przewlekłego zmęczenia,
  • komplikacje w czasie ciąży.
 
Co powoduje, że nadmiar homocysteiny ma związek z tak wieloma schorzeniami, w dodatku tak zróżnicowanymi?
 
Odpowiedź brzmi - metylacja.
 
Metylacja jest procesem potrzebnym, by zachodziły normalne podziały komórkowe i naprawa DNA. W procesie metylacji wątroba przeprowadza liczne reakcje enzymatyczne i procesy metaboliczne konieczne by zachodziła detoksyfikacja naszego organizmu. Metylacja dostarcza organizmowi grup metylowych, które są wykorzystywane do innych procesów zależnych od metylacji takich, jak synteza kreatyniny, choliny, karnityny, koenzymu Q10, melatoniny czy białek otoczki mielinowej. Metylacja odgrywa również zasadniczą rolę w metabolizmie neurotransmiterów takich, jak dopamina, serotonina i metylowane fosfolipidy, które biorą udział w przekazywaniu sygnałów w błonach komórkowych.
 
Kiedy metylacja nie przebiega wystarczająco efektywnie?
W procesie metylacji kluczową rolę odgrywają witaminy B6, B12 i kwas foliowy. Te same, które biorą udział w usuwaniu nadmiaru homocysteiny, ponieważ jest ona usuwana poprzez jej metylację.
Tak więc wysoki poziom homocysteiny świadczy o upośledzonej metylacji w naszym organizmie. A to właśnie niedostateczna metylacja jest odpowiedzialna za wspomniane choroby.
Takie proste badanie. Takie proste "leczenie" - wystarczą odpowiednie witaminy. I tak daleko idące zaniedbywanie tego faktu ...
 
Literatura:
1.       Crider KS, Yang TP, Berry RJ, Bailey LB: Folate and DNA methylation: a review of molecular mechanisms and the evidence for folate's role. Advances in nutrition 2012, 3:21-38.

 
2.       Selhub J: Folate, vitamin B12 and vitamin B6 and one carbon metabolism. The journal of nutrition, health & aging 2002, 6:39-42.
 
3.       Tiemeier H, van Tuijl HR, Hofman A, Meijer J, Kiliaan AJ, Breteler MM: Vitamin B12, folate, and homocysteine in depression: the Rotterdam Study. The American journal of psychiatry 2002, 159:2099-2101.
 

 
Na fotografii wiosenne dzikie bratki zebrane przez moją Córcię.
A do posłuchania niezwykły młody talent - Tom Odell i piosenka Make the moment last.
 
 
 
 
Powiązane posty:
Homocysteina - przyczyna miażdżycy

piątek, 11 kwietnia 2014

Układ oddechowy - kwietniowa Moda na Zdrowie

Zapraszam do kwietniowej Mody na Zdrowie.
Tam między innymi mój artykuł "Poczuj lawendę" - o naszym niezwykłym wielofunkcyjnym układzie oddechowym, dzięki któremu nie tylko dostarczamy sobie tlen, ale też czujemy zapachy i mówimy.
Za sprawą chochlika drukarskiego moje nazwisko zostało niestety nieco przekręcone. Redakcja jednak wyciągnęła wnioski i obecnie proces autoryzacji tekstu jest bardziej efektywny :-)

Miłego czytania :-)

wtorek, 1 kwietnia 2014

Refleksja na temat otyłości

"Podawanie diety bogatowęglowodanowej (niskotłuszczowej lub beztłuszczowej) prowadzi do wydajnego odkładania tłuszczu w tkance podskórnej. Przy diecie bogatotłuszczowej (niskoweglowodanowej lub bezwęglowodanowej) tkanka podskórna nie syntetyzuje triacylogliceroli z powodu braku glukozy w adipocytach (komórki tkanki tłuszczowej) i przeważa tu wówczas proces lipolizy (rozkładu triacylogliceroli i wykorzystania ich jako źródła energii)."
 
Mówiąc prościej przy diecie bogatej w węglowodany (zboża, owoce, ziemniaki, kasza, ryż itp.) tyjemy, a przy diecie bogatej w tłuszcze (przy równoczesnym braku powyższych produktów bogatych w węglowodany) chudniemy.
 
Skąd te słowa? Kwaśniewski? Atkins? Szaleniec?
 
Nieeee, to z podręczników do biochemii i fizjologii człowieka.
I to nie jest prima-aprilisowy żart :-)
 
Ot, taka moja mała refleksja ... :-) Nie mogłam się powstrzymać :-)
 
Literatura:
- Angielski i Rogulski (1991). Biochemia kliniczna PWNL Warszawa
- Keller (2000). Podstawy fizjologii żywienia człowieka. SGGW Warszawa
- Kinalska i inni (2006). Otyłość a zaburzenia przemiany materii. Tom 2, nr 3, s 94-110.
 
Na fotografii Ladies View w hrabstwie Kerry w Irlandii.
Do posłuchania przemiłe dla ucha Let her go -Passenger.
 
 
 
 
 

wtorek, 25 marca 2014

Nie zniknęłam :-)

Jeśli ktoś miałby ochotę, to można mnie czytać w miesięczniku Moda na Zdrowie. Nie tylko mnie zresztą :-) W tym roku mój wkład w to naprawdę bogate i ciekawe czasopismo to cykl artykułów, które rozpoczęliśmy w styczniu dotyczących tego, jak absolutnie niezwykłym i cudownym tworem natury jest ludzki organizm.
 
Moda na Zdrowie dostępna jest w księgarniach sieci Empik i aptekach. Na stronie Mody na Zdrowie można również zamówić jej prenumeratę lub kupić pojedyncze numery zarówno w formie papierowej, jak i elektronicznej.
 
W tym miesiącu pisałam o naszych zadziwiających oczach i uszach. Numer jeszcze do dostania. W kwietniu zachwycam się głosem, węchem i całym układem oddechowym :-)
 
 
 
Dzisiaj jest i muzyka do posłuchania :-) Polski klasyk - Halina Frąckowiak i "Tin Pan Alley", piosenka znana też jako "Pogoda dla bogaczy". "Teledysk", że tak to nazwę, nieco dziwny :-) ale piosenka przyjemnie ciepła.



sobota, 22 marca 2014

Własność intelektualna

Wraz z nadejściem wiosny najwyraźniej i u mnie nadszedł czas na zmiany. Wiosna jest miłym zjawiskiem ale przyczyną moich zmian niestety nie jest nic miłego.
 
Półtora roku temu zaczęłam przygodę z blogiem. Pełna optymizmu i wiary w to, że dzielenie się informacją z innymi jest dobre i przyjemne. Mój blog nie ma charakteru zarobkowego, czytelników nie bombardują żadne reklamy.
Coraz częściej jednak zaczęło mi być nieprzyjemnie, gdy napotykałam przypadkiem, albo ktoś mi podsyłał fragmenty moich tekstów lub całe teksty umieszczane na różnych, w tym komercyjnych, stronach. Widnieją pod nimi nazwiska rzekomych autorów tych tekstów, dietetyków, lekarzy, różnych "ekspertów", którzy najwyraźniej bardzo dobrze opanowali w komputerze funkcję "kopiuj-wklej". Nie tylko nic nie wspominają skąd to wycięli, ale też nigdy nie zapytali mnie o zgodę na to, choć wyraźniej w opisie autora, czyli mnie, informuję o moich prawach autorskich do tych tekstów.
 
Te praktyki skutecznie pozbawiły mnie motywacji i przyjemności z tego co robię. Myślę więc, że najwyższy czas na zmiany. Będę z Wami nadal, ale nieco inaczej.
 
Na zdjęciu wiosna. Ale dzisiaj bez muzyki, bo nie mam nastroju :-(

piątek, 14 marca 2014

Dysleksja - nieuleczalna?

Katastrofa. Utknęłam. Pomiędzy publikacją o embriogenezie marchewki a publikacją o organogenezie eukaliptusa. Niekoniecznie Wam to coś mówi, wiem :-) Niemniej jednak to przyczyna mojego opóźnienia w pisaniu tutaj :-( Mimo braku czasu postanowiłam jednak na chwilę oderwać się od marchewek i eukaliptusów, i w ramach relaksu napisać coś i tu :-)
 
Temat na dzisiejszy post pojawił się w mojej głowie po porannej rozmowie z moją koleżanką, mamą rówieśnicy mojej córki Zosi. Rozmawiałyśmy o szkole, o ułamkach, lekcjach przyrody, o konkursach historycznych i innych atrakcjach, które są codziennością naszych 4-klasistek. I o tym jak trudno to ogarnąć dziecku, które cierpi na dysleksję. No właśnie. Na pewno trudniej niż dziecku, które nie ma takiego problemu. Diagnozowanie tego problemu jest obecnie tak świetnie rozwinięte, że czasem mam wrażenie, że jak wiele innych problemów/schorzeń, wręcz się go "przediagnozowuje". Szkoda tylko, że za tym upajaniem się tym, że potrafimy nazwać problemem, ubrać go w "naukowe" słowa i zaklasyfikować dziecko jako chore, nie idzie rada jak problem usunąć. No bo przecież jest on nieusuwalny.
 
Naprawdę???
 
Zacznijmy od tego czym jest dysleksja.
Samo słowo pochodzi z języka greckiego i oznacza "kłopot ze słowami". Uważa się, że przyczyną dysleksji są drobne różnice w organizacji mózgu, które prowadzą do problemów w przetwarzaniu informacji związanych z kodami językowymi. Osoby cierpiące na dysleksję mają utrudnione uczenie się, ponieważ potrzebują więcej czasu na przetworzenie fonetycznych kodów języka na informację zrozumiałą dla ich mózgu. Problemom tym często towarzyszy gorsza pamięć krótkotrwała czy problemy z oceną, która strona jest prawa a która lewa. Problemy te skutkują trudnościami w czytaniu, pisaniu, literowaniu, wykonywaniu pewnych operacji matematycznych. Jednakże nie świadczą one o braku inteligencji u cierpiącej na dysleksję osoby. Wiele osób z dysleksją rozwija inne umiejętności, cechuje się ogromną kreatywnością lub ma doskonałe zdolności rozwiązywania problemów.
Uważa się, że obecnie ok. 10% ludzi cierpi na dysleksję z czego 4% dotyka ten problem w bardzo poważnym stopniu.
W przypadku dorosłych, którym łatwiej przejmować kontrolę nad  procesami myślowymi, stosuje się różnego rodzaju terapie psychologiczne i technik uczenia się, mające na celu pomóc im radzić sobie z tym problemem. W przypadku dzieci jest to jednak utrudnione.
 
Czy zauważyliście, że problemy typu dysleksja czy ADHD w ostatnich czasach przyjmują postać epidemii?
 
Kiedyś nie tylko, że były one rzadkością, ale wręcz nie słyszeliśmy o nich. Niektórzy uważają, że to dlatego, że dopiero od niedawna potrafimy je diagnozować, a wcześniej nikt się nie przejmował tym, że dziecko ma trudności z uczeniem się czy koncentracją. Uważano, że po prostu jest "leniwe" albo "niegrzeczne".
Ale czy na pewno to jest prawdziwa przyczyna obecnej epidemii?
Nie da się ukryć, że oprócz pojawienia się przeróżnych epidemii w ostatnich czasach wiele w naszym świecie zmieniło się. Co innego stało się zdrowe i niezdrowe, pojawiły się nowe substancje, pojawiły się nowe technologie, nowe sposoby hodowli zwierząt, nowe sposoby produkcji żywności.
 
Do czego zmierzam?
 
Oczywiście, że do jedzenia i do genialnej myśli Hipokratesa "niech pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem".
I dysleksja nie jest wyjątkiem od tej reguły.
 
Badania naukowe pokazują, że przyczyną dysleksji jest niedożywienie mózgu. A dokładniej niedobór jednego z kwasów tłuszczowych należących do kwasów omega-3, kwasu eikozapentaenowego (EPA). Specjalistą w tym temacie jest doktor Alex Richardson z Wielkiej Brytanii, której cała kariera naukowa skupia się na roli kwasów tłuszczowych w funkcjonowaniu naszego mózgu. Dr Richardson jest autorką wielu prac naukowych dotyczących tego problemu. Stworzyła organizację charytatywną Food and Behaviour Research, która zajmuje się edukacją w Wielkiej Brytanii dzieci i ich rodziców dotyczącą wpływu żywienia na zachowanie i problemy mentalne dzieci. Dr Richardson jest również autorką książki o wymownym tytule "They are what you feed them" - "One (dzieci) są tym, czym je karmisz".
 
Badania dr Richardson z zastosowaniem techniki high-tech MRI brain scanning (tzw. 3IP spektroskopia) pokazują, że mózg osób cierpiących na dysleksję charakteryzuje nieprawidłowy metabolizm tłuszczy (Richardson i inni 1997). A dokładniej, u osób tych jest trudność z konwersją krótkołańcuchowych kwasów tłuszczowych do długo łańcuchowych, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania mózgu. Zdaniem dr Richardson zaburzenie to towarzyszy również ADHD, dyspraksji czy autyzmowi.
Stosunek dwóch kwasów tłuszczowych, wspomnianego EPA i kwasu arachidonowego (AA) należącego do kwasów omega-6, bogato występującego w tłuszczach roślinnych, jest kluczowym czynnikiem również w przypadku zaburzeń funkcjonowania układu nerwowego i wielu innych (Cyhlarowa i inni, 2007). Za prawidłowy uważa się stosunek EPA:AA - 1:2. A większość z nas zamiast takiego ma w swojej diecie EPA:AA - 1:20. Nie dziwią więc wyniki badań naukowych, pokazujące, że suplementacja kwasami omega-3, a dokładniej kwasem EPA, jest korzystna również dla zdrowia naszego mózgu i przynosi znacząco poprawę w przypadku dysleksji (Richardson i Ross 2000).
 
I dlatego niezmiennie, z niezliczonych powodów (ciągle nowych) i z głębokim przekonaniem popartym setkami publikacji naukowych jestem fanką EPA. I nie boję się do tego przyznać :-)
 
 
Literatura:
- Cyhlarowa i inni (2007)  Membrane fatty acids, reading and spelling in dyslexic and non-dyslexic adults. European Neuropsychopharmacology17:116-21.
- Richardson AJ, Cox IJ, Sargentoni J &  Puri BK. (1997) Abnormal cerebral phospholipid metabolism in dyslexia indicated by phosphorus-31 magnetic resonance spectroscopy. NMR in Biomedicine 10:309-14.
- Richardson i Ross (2000) Fatty acid metabolism in neurodevelopmental disorder: a new perspective on associations between attention-deficit/hyperactivity disorder, dyslexia, dyspraxia and the autistic spectrum. Prostaglandins Leukotrienes and Essential Fatty Acids 63:1-9.
 
 
Na fotografii jedna z wspomnianych przeze mnie na wstępie 4-klasistek, Zosia :-)
A do posłuchania piosenka z filmu, który niedawno obejrzałyśmy z Zosią z wielką przyjemnością, z filmu "Hobbit: pustkowie Smauga". I see fire - Ed Sheeran.
 

środa, 5 marca 2014

Rak prostaty, czyli o tym, jak łatwo zdrowy mężczyzna może nagle znaleźć się na krawędzi życia i śmierci

Ostatnio pisałam o czymś miłym i relaksującym, czyli o spaniu. Dziś więc bez poczucia winy, że pogorszę komuś samopoczucie ;-) pozwolę sobie na temat mniej przyjemny. Będzie o zdrowiu mężczyzn i o tym, jak regularne badania kontrolne mogą stać się szkodliwe dla zdrowia zamiast uchronić mężczyznę przed problemami z nim. 
Mowa o badaniu tzw. antygenu specyficznego dla prostaty (and. Prostate Specific Antygen, czyli PSA).
 
PSA jest białkiem produkowanym wyłącznie przez komórki prostaty a jego zbyt wysoki poziom uważa się za marker raka prostaty i jest on stosowany do tzw. wczesnego diagnozowania tego schorzenia. Cały "nowoczesny" świat wprowadził program profilaktyki raka prostaty oparty na badaniu poziomu PSA. Mówi się o tym, że to przecież takie proste badanie, takie bezproblemowe a może tak wiele zmienić, może uchronić mężczyznę przez niechybną śmiercią z powodu raka prostaty.
 
Co robi się, gdy PSA jest zbyt wysokie?
 
Kwalifikuje się mężczyznę do biopsji prostaty. Jeśli mężczyzna będzie miał szczęście biopsja nie będzie wprawdzie przyjemnością, ale szybko o tym przeżyciu zapomni.
A co może mu się przytrafić jeśli nie będzie miał szczęścia? 3 lata temu Amerykańskie Towarzystwo Urologiczne na swoim corocznym spotkaniu przedstawiło alarmujący raport dotyczący poważnych infekcji bakteryjnych jako powikłania po biopsji prostaty. Ponieważ biopsję wykonuje się przez odbyt, istnieje ryzyko wprowadzenia igłą do biopsji, bakterii z jelita do krwiobiegu. Z tego powodu przed biopsją podaje się badanemu antybiotyki. W wyniku antybiotykoterapii często nie giną odporne na nią szczepy. I to takie, odporne na antybiotykoterapię bakterie jelitowe, zostają wszczepione badanemu, co prowadzi do ogólnoustrojowej infekcji bakteryjnej słabo reagującej na antybiotykoterapię. To jednak nie koniec atrakcji. W efekcie uszkodzenia prostaty może dojść do jej zapalenia, a co jeszcze gorsze może również dojść do niecofającego się obrzęku prostaty lub do uszkodzenia dróg nerwowych w tym obszarze. Po biopsji tak prosta czynność jak oddawanie moczu może nigdy więcej już prosta nie być. Przypadki konieczności dożywotniego cewnikowania pacjenta po biopsji prostaty opisuje się jako rzadkie, jednak dla ofiar tego powikłania statystki mają średnie znaczenie, a osobiście znam takie osoby.
 
Idźmy jednak dalej. Co dzieje się jeśli wynik biopsji jest pozytywny?
 
"Standardowe" leczenie. Chirurgiczne usunięcie "podejrzanej" części prostaty, następnie radioterapia a także hormonoterapia.  
Tyle "atrakcji". Niestety istnieją fakty zaprzeczające zasadności wystawienia na nie mężczyzny. Pomijając już fakt, że przyczyną wzrostu poziomu PSA może być co najmniej kilka czynników, np. wiek lub infekcja, to w dodatku wykrywane w biopsji komórki "rakowe" często nieszczególnie przekładają się na rzeczywiste istnienie raka. Badania, które przez 20 lat prowadzono w Szwecji i opisano w 2011 roku w czasopiśmie naukowym BMJ (British Medical Journal) pokazały, że testy przesiewowe poziomu PSA prowadzą do zbyt wielu fałszywie pozytywnie zdiagnozowanych chorych. Te i wiele innych badań wskazują, że niepotrzebnie naraża się mężczyzn na dalszą inwazyjną diagnostykę i leczenie. Ponadto, wyniki badań post mortem (pośmiertnych) świadczą o tym, że w 99% przypadków mężczyzn ze zdiagnozowanym wspomnianymi metodami rakiem prostaty stwierdza się więcej niż 5-cioletnią przeżywalność po diagnozie. Statystyki pokazują, że wśród mężczyzn, którzy zmarli z powodu raka, tylko 0,5% zmarło z powodu raka prostaty, a 95,5% z powodu innych nowotworów. Stwierdzono, że w zdecydowanej większości przypadków rak prostaty charakteryzuje się niezmiernie wolnym rozrostem. Schorzenie to zastało zaklasyfikowane jako rak na podstawie wyniku PSA i obrazu z biopsji. Jednak badania te nie pozwalają określić najważniejszej cechy raka, świadczącej o jego agresywności i zagrożeniu dla życia - szybkości wzrostu. Nie powinno się więc opierać na nich wskazań co do konieczności i sposobu leczenia. A tak właśnie się dzieje.
 
Niepotrzebne narażenie mężczyzn na grożące poważnymi powikłaniami badania i metody leczenia to jednak jeszcze nie wszystko.

Podejmowane metody leczenia nie tylko wiążą się z niedogodnościami i powikłaniami ale również mogą być powodem rozwinięcia się groźnego dla życia rodzaju raka. Powszechnie wiadomo, że radioterapia tak chętnie stosowana w leczeniu raka piersi i prostaty wywołuje poważne mutacje prowadzące do raka. Stwierdzono ponadto, że radioterapia powoduje wyłączenie tzw. genów supresorowych zabezpieczających nas przed rozrostem guzów.
 
Najnowsze badania naukowe pokazują, że rzeczywistym markerem raka prostaty, który zagraża życiu mężczyzny może być inne białko - tzw. białko Hsp-27. Jest ono produkowane tylko przez komórki agresywnego szybko rozwijającego się raka. Jednak badania nad tym białkiem są dopiero w początkowej fazie i sporo upłynie czasu zanim zacznie być stosowane w diagnostyce. Do tego czasu u ilu jeszcze mężczyzn zostanie bezzasadnie zdiagnozowany rak prostaty i ilu z nich zostanie poddanych realnie zagrażającemu życiu leczeniu?
 
 
Literatura:  
- Sandblom i inni (2011) Randomised prostate cancer screening trial: 20 year follow-up. BMJ 342:d1539
- Wheeler (2007) Is it necessary to cure prostate cancer when it is possible? Clin Interv Aging 2:153-161
- Study Questions Value of Prostate Cancer Screening


Do posłuchania jedna z ulubionych wokalistek mojej córki :-) Małgosia Jamroży w cudownej kompozycji Pawła Lucewicza - Spell of rain.

 

wtorek, 25 lutego 2014

Sen, twoj najlepszy przyjaciel - pomóż mu :-)

Na pewno nikogo nie muszę przekonywać jak ważny dla naszego organizmu jest sen.
W trakcie snu ma miejsce zarówno regeneracja naszego ciała, jak i mózgu. Sen stanowi też niezbędną przeciwwagę dla stresu. Stres z jednej strony wpływa na nasz organizm stymulująco, ale na dłuższą metę skoki adrenaliny i kortyzolu, które stawiają organizm w stan gotowości, prowadzą do zmęczenia i stopniowego wyniszczenia organizmu. Ratunkiem jest sen. Bez prawidłowego i zdrowego snu mimo prawidłowego odżywiania i regularnego uprawiania sportu stan naszego organizmu będzie ulegał stopniowemu pogorszeniu. 
Nie bez powodu mówi się, że "ranek jest mądrzejszy od nocy" i że "sen jest najlepszym lekarstwem". To nie są zwykłe "powiedzonka", to stwierdzenia doskonale odzwierciedlające niezwykłe właściwości snu. Zaburzenia snu nie tylko skutkują naszą ograniczoną wydajnością w ciągu dnia i znacząco pogarszają jakość życia, ale i są przyczyną problemów zdrowotnych takich, jak otyłość. Badania prowadzone wśród osób objętych opieką geriatryczną pokazują również, że zaburzenia snu są czynnikiem zwiększającym umieralność.
 
Sen jest formą bardzo specjalnej aktywności naszego mózgu, która w dodatku ma charakter cykliczny. Możemy w niej wyróżnić dwie podstawowe fazy - tzw. REM (rapid eye movement - faza szybkich ruchów gałek ocznych) i NREM (non-rapid eye movement), która dodatkowo dzieli się na 4 fazy. Nie będę się jednak zagłębiać w fazy snu, bo łatwo można znaleźć informacje na ich temat.
W tym miejscu dodam tylko, że w fazie REM ma miejsce regeneracja centralnego układu nerwowego. Paradoksalnie jest ona stanem wzmożonej aktywności mózgu, ale przy jednoczesnej głębokiej relaksacji mięśni. Z kolei w fazie NREM ma miejsce regeneracja tkanek, budowa mięśni, naprawa tkanek, budowanie odporności. Przy czym faza NREM jest dłuższa, poprzedzielana krótkimi okresami snu REM.
 
Kluczem do sukcesu, czyli efektywnej regeneracji ciała i mózgu, jest zarówno czas trwania snu i czas trwania poszczególnych jego faz, jak i jakość i głębokość snu.
 
Jednym z najważniejszych czynników, od których zależy jakość naszego snu są warunki termiczne. Zależy od nich nie tylko łatwość zasypiania, ale i czas trwanie poszczególnych faz snu. Wiadomo, że mechanizm regulacji snu i jego faz jest silnie związany z mechanizmem termoregulacji. W prawidłowych warunkach w trakcie zasypiania dochodzi do rozszerzenia powierzchniowych naczyń krwionośnych i w efekcie podnosi się temperatura peryferycznych obszarów ciała, czyli skóry, stóp, dłoni (tzw. periphedral skin temperature - Tsk). Każdy z nas doświadczył niemożności zaśnięcia gdy nasze stopy są lodowate. Dzieje się tak, ponieważ wyższa Tsk jest niezbędna do wychłodzenia wewnętrznych obszarów ciała i w efekcie spadku temperatury wnętrza naszego ciała (tzw. core body temperature - Tcore). Tcore w trakcie snu pozostaje niższa, a podnosi się w trakcie budzenia się. Ponadto, stwierdzono zależność pomiędzy Tsk, a produkcją w mózgu melatoniny, hormonu odpowiedzialnego za rytm dobowy.
 
Okazuje się, że wśród czynników warunkujących komfort termiczny podczas snu szczególne znaczenie ma zależność pomiędzy temperaturą otoczenia a rodzajem odzieży, w której śpimy i rodzajem bielizny pościelowej. 
 
Dzieje się tak ponieważ na tzw. mikroklimat łóżka składa się zarówno temperatura, jak i wilgotność powietrza pomiędzy naszym ciałem a odzieżą i pościelą. Zgodnie z literaturą za komfortowe uważa się łóżko, w którym panuje temperatura 32-34 stopni C i wilgotność 40-60%. Badania naukowe pokazują, że szczególnie na warunki termiczne panujące w łóżku wrażliwa jest faza REM snu.
 
Dlatego od komfortu termicznego w trakcie snu zależy czy obudzimy się rano z jasnym i zregenerowanym umysłem, w dobrym nastroju czy też z uczuciem zmęczenia i niechęcią do zmierzenia się z problemami dnia codziennego.
 
Nasz komfort termiczny znacząco pogarsza bielizna nieprzepuszczalna dla wilgoci, która powoduje nadmierną wilgotność powietrza pomiędzy naszą skórą a materiałem i tym samym utrudnia prawidłową termoregulację. Istotne znaczenie ma również to, jak układa się materiał, z którego wykonana jest pościel lub nasza bielizna nocna. Jeśli materiał nie układa się miękko wokół ciała skutkuje to powstaniem nadmiernie wychładzanych przestrzeni powietrznych i zaburzeniem komfortu termicznego.
Wyniki badań pokazują, że także długość rękawa i nogawek piżamy wpływa na nasz sen. Krótkie rękawy i krótkie spodenki przyspieszają zasypianie i poprawiają jakość snu. Brak bezpośredniego kontaktu ciała z odzieżą skutkuje większą relaksacją aktywnego w ciągu współczulnego układu nerwowego, a tym samym poprawą jakości snu. Co jeszcze ciekawsze, zbyt obcisła bielizna i odzież noszona w ciągu dnia również mogą zaburzać sen w ciągu nocy. Nacisk na skórę również noszonej w ciągu dnia odzieży skutkuje zaburzeniami wydzielania melatoniny w nocy, a tym samym utrudniać zasypianie i pogarszać jakość snu.
 
Tak więc przyjrzyjcie się swojej garderobie, tej dziennej, i tej nocnej. Być może czas na zmiany :-) Zmiany, które mogą zrewolucjonować Wasze życie :-)
 
 
Literatura:
- Lee i inni (2000). The effects of skin pressure by clothing on circadian rhythms of core temperature and salivary melatonin. Chronobilogy International 17:783-793.
- Okamoto-Mizuno i Mizuno (2012). Effects of thermal environment on sleep and circadian rhythm. Journal of Physiological Anthropology 31:14-22.
- Park i Tokura (1998). Effects of different types of clothing on circadian rhythms of core temperature and urinary catecholamines. Japanese Journal of Physiology 48:149-156.
 
 
 
Na fotografii ktoś, kto bardzo dobrze radzi sobie z snem, czyli nasz kot o imieniu Kara :-)
Do posłuchania przemiłe dla ucha i relaksujące wykonanie piosenki Rule the World przez dwa wspaniałe męskie głosy - Brytyjczyka Gary'ego Barlow'a i Kanadyjczyka Michael'a Buble.
 
 
 

środa, 19 lutego 2014

Farby do włosów - wolisz być piękna czy zdrowa?

Kilka dni temu miałam rozmowę z panią w sklepie kosmetyczno-fryzjerskim. Wpadłam po coś, pani była bardzo pomocna i wywiązała się między nami dłuższa rozmowa. Gdy moja rozmówczyni poczuła się już bardzo ośmielona skrytykowała moje włosy, a dokładniej ich kolor, a jeszcze dokładniej niedokładne pokrycie włosów siwych. Na poparcie swoich słów zaprowadziła mnie przed lustro. Dzień był słoneczny, więc prawda kłuła w oczy - włosy siwe zamiast udawać, że mają naturalny kolor, tworzyły jaśniejsze pasemka. Zaczęłyśmy więc dyskutować na temat rodzaju farb do włosów oraz ich skuteczności i szkodliwości dla zdrowia.
Ta rozmowa sprowokowała mnie do zgłębienia tego tematu.
 
Nie wiem jak Wy, ale ja mam wrażenie, że we współczesnym świecie toczymy nieustanną walkę o swoje zdrowie. Walka jest nierówna, ilość czynników zagrażających naszemu zdrowiu jest tak duża i są one tak różnorodne, że każdemu trudno się w tym odnaleźć. W dodatku wielu rzeczy nie możemy uniknąć. Możemy bez końca wymieniać czego nie wolno, a co wolno ale na końcu zawsze zderzymy się z rzeczywistością, w której na wiele rzeczy nie mamy wpływu. I ogarnia nas frustracja. Dlatego wiele osób dla własnego "spokoju ducha" odrzuca wszystkie niewygodne fakty i idzie dalej. Mój blog nie ma jednak na celu stresowania ludzi. Piszę o tym, co ja sama mogę zmienić i jak ja sama mogę ulepszyć swoje życie i poprawić swoje zdrowie. Nie wszystko mogę i mam tego świadomość. I nie wyrywam sobie włosów z głowy wiedząc, że nie uda mi się usunąć absolutnie wszystkich zagrożeń. Jednak to, co mogę zrobić dla swojego zdrowia, robię. Nic nie wpływa gorzej na nasze zdrowie niż stres i negatywne emocje. Często nerwowe i pełne napięcia skupienie się na własnym zdrowiu wręcz wywołuje chorobę.
 
Dlatego na moje zadane w tytule pytanie "wolisz być piękna czy zdrowa?" odpowiem tak, jak w skrytości serca każda kobieta, nawet ta najbardziej walcząca o swoje i rodziny zdrowie - wolę być i piękna, i zdrowa :-)
 
I tym się kierując napiszę dziś o farbach do włosów :-)
 
Bo jeśliby podejść do tematu "religijnie" to żadnych farb do włosów nie powinnyśmy używać, koniec kropka. Podobnie jak inne kosmetyki zawierają wiele naprawdę paskudnych substancji chemicznych. Jednak są wśród nich te super paskudne i te nieco mniej wstrętne. I to co możemy zrobić to nie używać tych z szczególnie groźnymi składnikami. Może nie będą one tak skutecznie maskować oznak naszego starzenia się ale jeśli siwe włosy pogarszają nam humor gdy patrzymy w lustro, na pewno pomogą nam poczuć się lepiej.
 
Moja rozmówczyni ze sklepu z kosmetykami w trakcie naszej rozmowy sporo czasu poświęciła na amoniak. Jednak amoniak to "drobiazg" jeśli chodzi o groźne składniki farb do włosów.
 
Oto lista tych, których naprawdę warto unikać:
 
- Para-fenylenediamina lub tetrahydro-6-nitroquinoksalina - obie uszkadzają DNA i badania na zwierzętach wykazały, że powodują raka.
 
- Smoła (coal tar) - powszechnie znany kancerogen, występuje w wielu farbach do włosów.
 
- Formaldehyd - substancja silnie toksyczna, wywołuje raka, zaburzenia rozwojowe i zaburzenia płodności.
 
- DMDM hydantoin - konserwant, zaburza działania układu odpornościowego, w niektórych krajach zakazany w kosmetykach.
 
- Eugenol - substancja zapachowa, może wywoływać raka, jest toksyczna dla układu odpornościowego i nerwowego, wywołuje alergie.
 
 
Warto też pamiętać, że im ciemniejsza farba tym szkodliwych substancji więcej oraz im bardziej trwałe farbowanie tym groźniejsze dla zdrowia. Najlepszym wyjściem są oczywiście farby oparte na naturalnych składnikach roślinnych choć należą do tych najmniej trwałych. Tak więc moje nie do końca pokryte włosy wcale mnie nie martwią. Wprost przeciwnie :-)
 
 
Literatura:
- Carcinogenicity of some aromatic amines, organic dyes, and related exposures. Lancet 2008
 
 
Dzisiaj fotografia trochę z przymrużeniem oka :-) Amarylis po przejściu przez program do obróbki obrazu :-)
Do posłuchania Another day - Buckshot LeFonque.
 
 
 
Powiązane posty:

piątek, 14 lutego 2014

Norowirus - potężniejszy "brat" rotawirusa

Wiem, wiem, jest koniec tygodnia, a nie początek, czyli jestem bardzo spóźniona w tygodniu z nowym postem. Ale nie bez powodu. Pod koniec ubiegłego tygodnia zaczęła się "czarna seria". Najpierw Zosię dopadła tzw. grypa żołądkowa. Gdy już ogarnęłam sytuację moja 8-ka bólem zakomunikowała mi, że czas ją usunąć (pozdrowienia dla Pana Doktora - to było mistrzostwo świata! :-). Na koniec tej serii, wirus dopadł mnie. To jednak nie wszystko, wirusy wirusami ale terminy goniły i nie było "zmiłuj się". Szczęśliwie jednak zmieściłam się w terminach, Zosia wyzdrowiała, o 8-ce już zapomniałam, a dzisiaj mam wreszcie czas do końca zwalczyć swojego wirusa odpoczywając przy blogu :-)
 
Jak to już nieraz było inspiracją do wpisu stało się życie. Grypa żołądkowa. Nietypowy temat na Walentynki :-) Pisałam już o nim ponad rok temu (w Mikołaja! :-), tym razem oczywiście inaczej.
 
Przyzwyczailiśmy się już do kojarzenia grypy żołądkowej z rotawirusami. Na dużą skalę zdążył się już też rozwinąć przemysł szczepionek przeciw rotawirusom. Nie mogło więc być inaczej - miejsce rotawirusa zajął jego "następca", potężniejszy, wszechmocniejszy i bardziej zjadliwy.
Norowirus.
Ale nie martwcie się, prace  nad szczepionkami przeciw norowirusom już trwają ... Ciekawe co je zastąpi ... :-(
 
Statystyki mówią same za siebie. W USA rotawirus jest co roku przyczyną 20 do 60 śmierci, głównie dzieci w wieku do 5 lat, za to norowirus zabija rocznie aż 800 osób i to w każdym wieku.
 
Oprócz typowej również dla rotawirusa drogi zakażenia - przez bezpośredni kontakt błon śluzowych z wydzieliną osoby chorej - norowirus coraz częściej rozprzestrzenia się przez zanieczyszczenie żywności i wody. Źródłem epidemii stają się restauracje i placówki, w których prowadzone jest żywienie zbiorowe (szkoły, hotele, szpitale itp.), gdzie zanieczyszczenie wirusem następuje w trakcie przygotowywania posiłków.
 
Głównym zagrożeniem dla życia w przypadku grypy żołądkowej jest ryzyko odwodnienia organizmu. Szczególnie są na nie narażone niemowlęta i małe dzieci. Mimo, że ich organizm zawiera więcej wody (w stosunku do masy ciała) niż organizm dorosłej osoby to jednak stosunkowo mała część tej wody to tzw. woda czynnościowa, czyli spożytkowywana na podstawowe funkcje biologiczne organizmu. Z tego powodu utrata wody zwłaszcza w wyniku wymiotów dużo szybciej prowadzi do odwodnienia i zaburzeń elektrolitów u niemowląt i małych dzieci niż u starszych dzieci i dorosłych.
 
Jednak grypa żołądkowa to nie tylko objawy ze strony układu pokarmowego.
Infekcja wirusami wywołującymi grypę żołądkową może się również manifestować katarem i kaszlem. Ten sam wirus u różnych osób może w różnym nasileniu wywołać różne objawy. Zosia wymiotowała i cierpiała na bóle brzucha. U mnie ze strony układu pokarmowego pojawiły się jedynie niewielkie skurcze za to kaszel, a następnie katar były bardzo intensywne. Przyszło Wam kiedyś do głowy, że wymiotujecie, bo dzień wcześniej mieliście kontakt z "zakatarzoną" osobą?
 
Większość osób jest świadoma ryzyka odwodnienia w wyniku intensywnych wymiotów. I zapewne podobnie jak ja, wiele osób nerwowo podchodzi do tej kwestii, gdy grypa żołądkowa dotyka dzieci. Moje doświadczenia są bardzo złe, Zosia w wieku niespełna 4 lat trafiła do szpitala nie tylko odwodniona ale i z poważnymi zaburzeniami elektrolitów objawiającymi się tężeniami całego ciała.
W związku z tym w trakcie wymiotów za wszelką cenę staramy się nawadniać dziecko. Też mam taki odruch.
Ale to wielki błąd.
Podawanie napojów w trakcie wymiotów wzmaga je i przedłuża, a nie powoduje, że uzupełniamy niedobór wody - to co wypijamy i tak zwracamy.
Możemy przepłukiwać usta w celu usunięcia nieprzyjemnego smaku po wymiotach ale nasz żołądek powinien odpoczywać i my sami też. Dopiero po 3 godzinach od ostatnich wymiotów możemy spróbować niewielkich łyków wody, sączonych powoli. Jeśli nasz żołądek się nie buntuje możemy stopniowo zwiększać ilość wypijanych płynów i popijać je przez następną godzinę lub dwie. Po tym okresie, jeśli wymioty nie powrócą sensowne i skuteczne jest zażywanie probiotyków. Dobrej jakości, kompleksowych, z prebiotykiem. Nawet co pół godziny. I nie żałujcie sobie. Sami zauważycie, że czujecie się lepiej z minuty na minutę. 
 
Na koniec jednak należy dodać, że jeśli mimo wszystko wymioty się utrzymują, zwłaszcza w przypadku małych dzieci, należy niezwłocznie udać się do szpitala - odpowiednio wczesne nawodnienie dożylne może uratować życie. Kiedy dojdzie do zaburzeń elektrolitów, a lekarz mimo to nie wykona tak podstawowego badania jak gazometria, zwykła grypa żołądkowa może skończyć się śmiercią. Sama doświadczyłam tego, że tak proste, szybkie, tanie i absolutnie kluczowe badanie może nie zostać wykonane, w szpitalu, dużym, wojewódzkim. Mimo, że z Zosią nie było już kontaktu musieliśmy odbyć wielką walkę z lekarzami o wykonanie tego badania. Wykazało ono, że w Zosi krwi nie ma już w ogóle buforów zasadowych co grozi obniżeniem pH krwi. A nawet nieznaczne obniżenie pH krwi oznacza śmierć. Mimo, że po tym badaniu podano wodorowęglany, które są jednym ze składników układu buforującego, następna gazometria wykazała nieznaczny spadek pH krwi. Dopiero kolejne podanie podwójnej dawki wodorowęglanów przywróciło ją do życia. W ostatniej chwili. Dosłownie, nie w przenośni. A mimo to ordynator oddziału, która zleciła to badanie dopiero po "burze" ze strony dyrektora szpital, który szczęśliwie jako kardiolog miał pojęcie o równowadze kwasowo-zasadowej, do końca uważała, że badanie było niepotrzebne.


Literatura:
- Payne i inni (2013). Norovirus and medically attended gastroenteritis in U.S. children. The New England Journal of Medicine 368:1121-1130


Na zdjęciu zdrowa Zosia niedługo po feralnym epizodzie szpitalnym.
Do posłuchania Take That - The Flood.