środa, 29 stycznia 2014

Cholesterol a oleje roślinne

Już kiedyś pisałam, że nie lubię tego tematu. Nie lubię tematu cholesterolu. Bo to wprost nieprawdopodobne, że można do tego stopnia i na taką skalę "odwrócić kota ogonem". I wcale nie dziwie się temu, że większości osób trudno uwierzyć, że coś z tą całą cholesterolową teorią może być nie tak - bo to nieprawdopodobne. Jednak w związku z ostatnio bardzo częstymi moimi rozmowami na temat cholesterolu z wieloma osobami postanowiłam dzisiaj na trochę wrócić do tego tematu.
 
Zanim przejdę do cholesterolu mam dla Was zadanie: kto uważa, że papierosy nie szkodzą zdrowiu ręka w górę. Nikt nie patrzy, więc możecie śmiało szczerze podnosić ręce, palący też :-) A kto wie, co jest napisane na opakowaniach papierosów? Myślę, że każdy wie - nic fajnego. A na wakacjach za granicą kto widział co jest na zdjęciach umieszczanych na pudełkach papierosów? Też nic fajnego, prawda? Założę się, że nikt nie ma ochoty stać się ofiarą tego, co tam piszą i pokazują. A gdzie można kupić papierosy? Wszędzie.
Czy już wiecie dlaczego zrobiłam tą, na pozór mało związaną z tematem, dywagację?
Chodzi o pokazanie na tym przykładzie jak funkcjonuje współczesny świat. Coś, co jest trucizną, zabija, a w najlepszym wypadku pogarsza jakość życia, jest narkotykiem, a tym samym ogranicza naszą wolę i jest zamachem na nasze prawo do podejmowania wolnych decyzji, to coś oficjalnie, powszechnie, bez problemu, jak na truciznę stosunkowo tanio, jest sprzedawane na każdym rogu. Mało tego, nikt jakoś nie ponosi specjalnie bolesnych kar za czerpanie z tej praktyki zysków i dopuszczanie do niej.
 
Przecież to nieprawdopodobne! Całkiem jak to, że z cholesterolem jest inaczej niż się nam powszechnie mówi...
 
Ale do rzeczy.
Jednym z najpowszechniejszych zaleceń związanych ze zwalczaniem tzw. wysokiego cholesterolu jest to, że należy w tym celu spożywać duże ilości olejów roślinnych. W ogóle tłuszcze w naszej diecie powinny być zdominowane, a najlepiej całkowicie zastąpione, przez oleje roślinne. Oleje roślinne są dobre na dosłownie wszystko i świetnie się nadają do dokładnie wszystkiego. Najlepsze jest to, że jeden olej można stosować na różne sposoby. Dobre i do sałatek, i do smażenia. W reklamach leją się litrami.
 
Co sprawia, że oleje roślinne są w temperaturze pokojowej płynne?
Wysoka zawartość tzw. nienasyconych kwasów tłuszczowych (jednonienasyconych i wielonienasyconych). "Nienasycone" oznacza, że mają przynajmniej jedno tzw. wiązanie podwójne w łańcuchu atomów węgla, w odróżnieniu od nasyconych kwasów tłuszczowych, w których atomy węgla połączone są wyłącznie pojedynczymi wiązaniami.
 
Jak ta cecha wpływa na właściwości kwasów tłuszczowych?
Oprócz tego, że nienasycone wiązania upłynniają tłuszcze, charakteryzują się one niższą niż nasycone wiązania stabilnością oksydacyjną. Stabilność oksydacyjna, czy inaczej odporność na utlenianie, odzwierciedla z jaką intensywnością substancje podlegają procesowi utleniania. Utlenianie ma miejsce w obecności tlenu, czyli zarówno w kontakcie z powietrzem, jak w naszych komórkach. Szybkość procesu utleniania jest silnie zależna od temperatury, w jakiej przebiega - im wyższa temperatura, tym utlenianie przebiega szybciej. W efekcie utleniania powstają wolne rodniki. Jeśli utlenianie przebiega w wysokiej temperaturze, wolne rodniki powstają lawinowo. Tak więc podgrzewanie olejów roślinnych skutkuje powstawaniem dużych ilości wolnych rodników. Olej bogaty w wolne rodniki to inaczej olej zepsuty. Jeśli jakiś olej stoi na naszej półce bardzo długo ulega zjełczeniu. Zjełczenie to nic innego jak efekt utlenienia kwasów tłuszczowych. Niestety nie we wszystkich tłuszczach łatwo wyczuć to, że uległy zjełczeniu. W maśle wyczujemy to bardzo szybko i bez problemu - utleniony kwas masłowy ma zapach nie do pomylenia z niczym innym. Niestety z olejami roślinnymi w tym względzie nie jest już tak łatwo.
 
Kiedy ma miejsce podgrzewanie oleju? Czyli potęgowanie procesu utleniania oleju.
Wiadomo, w naszej kuchni oraz w fabryce, gdzie się oleje produkuje. Wprawdzie nadal radzi się nam używać oleje roślinne do smażenia ale stają się popularne oleje tłoczone na zimno. Oleje tłoczone na zimno mają nas zabezpieczyć przed nadmiarem wolnych rodników. To, że według niektórych te tłoczone na zimno też świetnie się nadają do smażenia to już nonsensowny "drobiazg". Można się też zastanawiać co to znaczy "olej tłoczony na zimno", bo nie znaczy to, że temperaturze pokojowej, ani nawet w temperaturze naszego ciała. Ponadto, olej po wytłoczeniu poddawany jest dalszym zabiegom technologicznym, z których niektóre przebiegają w bardzo wysokich temperaturach. Przykładowo podczas odkwaszania, odszlamowania i odbarwiania oleju rzepakowego stosowana jest temperatura 90 stopni C, a podczas dezodoryzacji - 185-240 stopni C.
 
Dlaczego nadmiary wolnych rodników są takie groźne?
Wolne rodniki, nazywane też po prostu rodnikami, to grupa cząstek/substancji, których cechą wspólną jest to, że ze względu na swoją budowę łatwo wchodzą w kolejne reakcje utleniania. Reakcje rodnikowe to tzw. reakcje łańcuchowe. W efekcie takich reakcji ma miejsce powstanie następnych wolnych rodników oraz przereagowanie z nimi dużej ilości substratów, które prowadzi do uszkodzenia (utlenienia) tych substratów.
 
Jak to wszystko ma się do cholesterolu wspomnianego na początku?
Powstawanie tzw. nacieków lipidowych w ścianie tętnic jest naturalnym procesem, za pomocą którego organizm radzi sobie z mikrouszkodzeniami nieustannie powstającymi w śródbłonku tętnic. Dzieje się tak ponieważ makrofagi (komórki obronne krwi), które są wysyłane w miejsca uszkodzeń zawierają krople cholesterolu. Organizm z powodzeniem usuwa nacieki lipidowe - np. stwierdza się je w tętnicach noworodków, czy niedźwiedzi udających się na sen zimowy i nie oznacza to, że noworodki czy niedźwiedzie cierpią na miażdżycę. Problem jednak zaczyna się, jeśli powstające w wyniku usuwania uszkodzeń tętnicy nacieki lipidowe zamiast zostać usunięte ulegają powiększeniu, zwłóknieniu, wbudowaniu w nie różnych substancji (np. wapnia), które je usztywniają, a w końcu pęknięciu (powstanie groźnej niestabilnej blaszki miażdżycowej).
 
Okazuje się, że w poddanych analizie chemicznej blaszkach miażdżycowych stwierdza się UTLENIONY cholesterol.
 
Oznacza to, że...
...podgrzewane tłuszcze roślinne oraz duże ilości tłuszczy roślinnych w ogóle (w szczególności tych bogatych w wielonienasycone kwasy tłuszczowe) są jedną z głównych przyczyn miażdżycy. Utleniony przez wolne rodniki cholesterol w naciekach lipidowych jest traktowany przez organizm jako uszkodzony i w związku z tym zwalczany przez komórki odpornościowe. Skutkuje to narastaniem nacieków lipidowych zamiast ich usuwaniem, a w dalszej konsekwencji powstaniem blaszek miażdżycowych.
 
W związku z powyższym tłuszcze roślinne nie nadają się do smażenia.
Smażone na olejach roślinnych produkty są bogate w wolne rodniki. Do stosowania do potraw na ciepło lub smażonych właściwe są tłuszcze bogate w nasycone kwasy tłuszczowe - olej kokosowy, jako najbogatszy w nasycone kwasy tłuszczowe (ok. 90%) oraz tłuszcze zwierzęce. Tłuszcze nasycone charakteryzują się bardzo wysoką stabilnością oksydacyjną, są odporne na wysokie temperatury, wolniej i słabiej ulegają utlenieniu.
W tym miejscu zapewne wiele osób złapie się za głowę Bo "jak to?! przecież nasycone tłuszcze są szkodliwe dla zdrowia". Mój dzisiejszy post zrobił się już i tak wyjątkowo długi, więc w tym miejscu nie rozwinę tego tematu.
Na koniec jednak taka dywagacja. Jak to jest, że tłuszcze nasycone z natury są szkodliwe do zdrowia a te nasycone w fabryce (np. twarde margaryny) świetnie nadają się do smażenia. Tak przynajmniej się nam mówi ... I to nasycone, i to. Dziwne ...
 
 
Jeśli chodzi o literaturę to dzisiaj będzie najlepiej jeśli zainteresowanych odeślę do spisu literatury w książce Uffe Ravnskova "Cholesterol - naukowe kłamstwo" - znajdziecie tam setki pozycji literaturowych.
A dodatkowo na już:
- Cichosz i Czeczot (2011). Stabilność oksydacyjna tłuszczów jadalnych - konsekwencje zdrowotne. Bromat Chem Toksykol XLIV, 1:50-60
 
 
Zarówno fotografia, jak i muzyka dziś łagodne, na ukojenie nerwów :-)
Na fotografii zachód słońca nad letnim Bałtykiem.
Do posłuchania dwaj Anglicy: Gary Barlow i jego gość, komik,  James Corden w utworze "Pray" (koncert w Manchester Apollo). Miło patrzeć jak obaj panowie świetnie bawią się na scenie - ich pozytywna energia udziela się :-)
 
 
 
Powiązane posty:

środa, 22 stycznia 2014

Olej kokosowy - fakty

Dziś zgodnie z obietnicą garść informacji o oleju kokosowym. Wielu osobom jest on już zapewne znany. Jednak często jesteśmy zwodzeni różnymi zabiegami marketingowymi, które daleko się mają do rzeczywistych zalet reklamowanych produktów. Wiele osób zaniepokojonych tym pyta mnie czy dobra sława oleju kokosowego na pewno jest uzasadniona.
 
Na początek warto wspomnieć, że historia doniesień dotyczących zalet oleju kokosowego jest już prawie 100-letnia. W latach 30-stych ubiegłego wieku stomatolog Weston Price podróżujący w rejonie Południowego Pacyfiku opisywał wpływ diety żyjących tam plemion na stan ich uzębienia i stan zdrowia w ogóle. Zauważył on, że dieta mieszkańców wysp polinezyjskich była bogata w produkty pozyskiwane z orzechów kokosowych i cieszyli się oni dobrym zdrowiem i kondycją. Mimo, że w diecie Polinezyjczyków dominowały tłuszcze nasycone, praktycznie nie chorowali oni na serce. 
Obecnie ilość literatury potwierdzającej pozytywny wpływ oleju kokosowego na nasze zdrowie oraz opisującej możliwe przyczyny jego zalet jest powalająca. Wystarczy skorzystać z wyszukiwarek literatury naukowej takich, jak Google Scholar czy PubMed, by się o tym przekonać.
 
Co sprawia, że olej kokosowy jest taki specjalny?
 
Na pewno jedną z przyczyn jest wysoka zawartość kwasu laurynowego. Żaden z olejów roślinnych nie zawiera go tyle, ile olej kokosowy. Zawartość kwas laurynowego w oleju kokosowym sięga ponad 46% wszystkich kwasów tłuszczowych. Dla porównania olej palmowy zawiera go 0,23% a olej kukurydziany 0,04%. Kwas laurynowy (należący do nasyconych kwasów tłuszczowych) sprawia, że olej kokosowy ma właściwości bakteriobójcze, antywirusowe i antypasożytnicze. Kwas laurynowy ulega konwersji do monolaurinu odpowiedzialnego za wyżej wspomniane właściwości, dostępnego obecnie nawet w formie suplementu.
Podobne działanie ma innym nasycony kwas tłuszczowy obecny w oleju kokosowym - kwas kaprynowy. Kwas kaprynowy ulega konwersji do monokaprynu i jest nieobecny w żadnym innym oleju roślinnym, z wyjątkiem oleju z niektórych odmian palmy (niewielkie ilości). Jest również obecny w tłuszczu mlecznym.  
Kolejny nasycony kwas tłuszczowy bogato (w porównaniu z innymi olejami roślinnymi) występujący w oleju kokosowym to kwas kaprylowy, znany ze swoich właściwości grzybobójczych i stosowany w preparatach zwalczających pasożyty.
 
Kolejną zaletą oleju kokosowego jest jego wysoka tzw. stabilność oksydacyjna. Oznacza to, że w obecności tlenu jest on odporny na utlenianie. Cecha ta odróżnia olej kokosowy od innych olejów roślinnych, a zawdzięcza on ją wyjątkowo wysokiej zawartości nasyconych kwasów tłuszczowych (90% wszystkich kwasów tłuszczowych). Nawet tłuszcze zwierzęce zawierają mniej nasyconych kwasów tłuszczowych niż olej kokosowy, dla porównania masło - 68%, łój wołowy - 48%.
Wysoka stabilność oksydacyjna sprawia, że olej kokosowy świetnie, jak żaden inny tłuszcz, nadaje się do podgrzewania. Wysoka temperatura przyspiesza procesy utleniania i powoduje lawinowe powstawanie wolnych rodników, szkodliwych dla zdrowia w nadmiarze. Im bardziej nienasycone tłuszcze tym niższa ich odporność na utlenianie.
 
Mimo tak dużego udział nasyconych kwasów tłuszczowych olej kokosowy topi się w niższej temperaturze niż mniej od niego nasycone tłuszcze zwierzęce. Temperatura topnienia oleju kokosowego to około 24 stopnie. Jest to spowodowane tym, że większość kwasów tłuszczowych w oleju kokosowym (2/3) to tzw. średnio-łańcuchowe kwasy tłuszczowe (MCFAs). "Twardość" tłuszczy zależna jest nie tylko od udziału w nich nasyconych kwasów tłuszczowych, ale również od długości łańcuchów węglowodorowych tych kwasów tłuszczowych. Olej kokosowy przechowujemy w temperaturze pokojowej. Jeśli zauważycie, że zakupiony przez Was olej kokosowy nie topi się latem, natychmiast wyrzućcie go do śmieci, ponieważ oznacza to, że został dodatkowo bardziej uwodorniony, a tym samym obecne są w nim szkodliwe kwasy trans.
Inne oleje roślinne, w przeciwieństwie do kokosowego, są bogate w długołańcuchowe kwasy tłuszczowe (LCFAs). MCFAs łatwiej trawią się i przenikają przez błony komórkowe niż LCFAs. Ze względu na łatwiejszą przyswajalność MCFAs są lepszym nośnikiem innych substancji odżywczych. Ponadto, MCFAs w większości są wykorzystywane przez organizm jako źródło energii, w przeciwieństwie do LCFAs, które są preferencyjnie odkładane w tkance tłuszczowej.
 
Nie należy jednak zapominać, że w celu pozyskania oleju z orzecha kokosowego konieczne są odpowiednie zabiegi technologiczne. Tańszym sposobem jest uzyskiwanie oleju kokosowego z tzw. kopry, czyli wysuszonego miąższu orzechów kokosowych. Olej uzyskany z kopry określany jest jako RBD od Refined - rafinowany, Bleached - wybielany i Deodorized - pozbawiany zapachu. Olej taki może być zanieczyszczony substancjami chemicznymi stosowanymi w tych zabiegach technologicznych. Drugim rodzajem jest tzw. olej kokosowy virgin (VCO), produkowany z świeżego miąższu lub mleka kokosowego. Otrzymywany jest on w specjalnych prasach, zachowuje naturalny zapach kokosa i nie jest traktowany substancjami chemicznymi, jak ma to miejsce w przypadku oleju RBD.
Szeroko relacjonowane właściwości prozdrowotne przypisuje się olejowi VCO, a oprócz wspomnianego działania bakteriobójczego wymienia się wśród nich: obniżenie ryzyka cukrzycy,  zwiększenie aktywności tarczycy i łatwiejszą utratę wagi czy zapobieganie miażdżycy.
 
Literatura:
- Conlon i inni (2012). Coconut oil enhanced tomato carotenoid tissue accumulation compared to safflower oil in the mongolian gerbil (Meriones unguiculatus). Journal of Agricultural and Food Chemistry DOI: 10.1021/jf301902k.
- Foale (2003). The Coconut Odyssey: The Bounteous Possibilities of the Tree of Life. Canberra: Australian Centre for International Agricultural Research. pp. 115–116.
- Kurian (2007). Commercial Crops Technology: Vol.08. Horticulture Science Series. New India Publishing. pp. 202–6. ISBN 81-89422-52-9
- Prior i inni (1981). Cholesterol, coconuts, and diet on Polynesian atolls: a natural experiment: the Pukapuka and Tokelau Island studies. American Journal of Clinical Nutrition 34:1552-61.
- Rahman (2000). The chemistry of coconut oil. Bruneiana: Anthology of Science Articles, 9-15.
 
 
Na fotografii przepiękne wybrzeże hrabstwa Cork w Irlandii.
Do posłuchania pełen ciepłej łagodności Robbie Williams - Go gentle.
 
 
 

 

środa, 15 stycznia 2014

ADHD - skandal wokół choroby a rzeczywiste problemy dzieci

Miałam zamiar napisać w tym tygodniu, zgodnie z obietnicą, o oleju kokosowym, ale z racji niedawno "odgrzanych" rewelacji dotyczących innego tematu nie mogę się powstrzymać. Wybaczcie mi więc, ale olej kokosowy pojawi się za tydzień :-)
 
Kiedy w mediach huknęło nie pisałam jeszcze bloga, bo było to w 2009 roku. Dzisiaj jednak natknęłam się na przywołane przez kogoś wiadomości sprzed 5 lat. Otóż na kilka miesięcy przed swoją śmiercią amerykański psychiatra Leon Eisenberg, który jako pierwszy opisał i sklasyfikował zespół objawów dotyczących zachowania dzieci określanych współcześnie jako jednostka chorobowa o nazwie zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ADHD) przyznał, że sam jest zaskoczony "epidemią" diagnozowania ADHD i że jest ona bezzasadna.
 
Z słów Eisenberga zrobiono skandal, pojawiły się nagłówki, że "wymyślił chorobę i przed śmiercią przyznał się do tego", a nawet, że "stworzył fikcyjną chorobę dla pieniędzy". W czasie, gdy Eisenberg opisał objawy nie mówiono jeszcze o chorobie, on sam o tym nie mówił. Wskazano natomiast, że w niektórych przypadkach obserwuje się takie objawy u dzieci z uszkodzeniami mózgu i w tym czasie w takim kontekście (uszkodzenia mózgu) określano te objawy. Świat rządzi się uniwersalnymi prawami, a raczej należy powiedzieć wprost, że pieniądz rządzi światem. I tak to "niepostrzeżenie" stwierdzenie "dziecko z uszkodzeniem mózgu" ewoluowało do określenia "dziecko nadaktywne i nieuważne". Niby nic, zamiast określenia związanego z nieprawidłowością w układzie nerwowym mamy określenie za pomocą objawów, jakie tej nieprawidłowości towarzyszą. Jednak dzięki tej "niewinnej" zmianie, ilość chorych zaczęła rosnąć w zastraszającym tempie, aż dziś przyjęła rozmiary epidemii. Epidemii, którą leczy się farmakologicznie. Z jednej strony sam Eisenberg nie "firmował swoim nazwiskiem" wynalezienia ADHD, z drugiej jednak strony był przez wiele lat guru w dziedzinie psychiatrii dziecięcej, jak również przez lata zasiadał w komisji do spraw klasyfikacji chorób.
 
Rzecz jednak nie w tym, kto, po co i dlaczego. Ważne jest to, że obecnie zbyt wielu dzieciom podaje się niepotrzebnie szkodliwe leki, które uzależniają jak narkotyki. Bo problem nadpobudliwości u dzieci istnieje, jednak niestety, jak to bywa w bardzo wielu przypadkach, ogólnie przyjęte za właściwe działania, zdrowiu dzieci nie służą. Nie mam tu na myśli dzieci ze zdiagnozowanymi uszkodzeniami mózgu, ale dzieci zdiagnozowane jako chore na ADHD jedynie na podstawie ich zachowania.
 
Pomysłów na to, co przyczynia się do objawów określanych jako ADHD jest sporo. Poczynając od narażenia na toksyny kobiety w czasie ciąży, przez szczepienia, aż po problemy w domu i w rodzinie. Ja skupię się jednak na tym co można łatwo zmienić, czyli na odżywianiu.
 
Pierwsza zasadnicza sprawa - cukier.
Każdy kto ma dziecko i odrobinę krytycyzmu wobec zachowania dziecka oraz wobec siebie jako rodzica doskonale wie, że najzdrowsze w świecie dziecko dostaje tzw. "małpiego rozumu" wieczorem po dniu pełnym słodyczy. Zależność ta jest niezwykle wyraźnie widoczna i stara jak świat.
Wysoka ilość w diecie cukru (w tym soków owocowych) oraz produktów wysokoskrobiowych powoduje gwałtowny wzrost poziomu insuliny w krwi w odpowiedzi na wysoki poziom cukru. To z kolei prowadzi do gwałtownego obniżenia poziomu cukru i w konsekwencji do hipoglikemii (czyli niedocukrzenia). Hipoglikemia stymuluje wytwarzanie w mózgu substancji o nazwie kwas glutaminowy. Substancja ta jest neuroprzekaźnikiem, czyli bierze udział w przewodzeniu impulsów nerwowych. Zaburzenia w poziomie kwasu glutaminowego wywoływane hipoglikemią skutkują różnymi zaburzeniami w funkcjonowaniu centralnego systemu nerwowego takimi, jak nadpobudliwość, rozdrażnienie, złość, a nawet ataki paniki.  
 
Kolejnym ważnym czynnikiem jest niedożywienie układu nerwowego, a w szczególności niedobór jednego z kwasów omega 3 - kwasu eikozapentaenowego (EPA).
Badania naukowe pokazują, że stosowanie wysokich dawek EPA przynosi poprawę zarówno w przypadku ADHD, jak i u osób z depresją, zespołem przewlekłego zmęczenia czy chorobami neurodegeneracyjnymi. Stwierdzono nawet, że EPA zastosowane w odpowiedniej dawce przynosi poprawę u dzieci z ADHD bezskutecznie leczonych farmakologicznie.
Wszyscy cierpimy na niedobór tego kwasu tłuszczowego w diecie ze względu na brak dostępu do ryb dziko żyjących i wszędobylskość tanich karm sojowych w hodowlach zwierząt. W efekcie mięso zwierząt i ryby zawierają dużo mniejsze ilości kwasów omega-3 niż w zwierzęta dziko żyjące, a zamiast omega-3 są bogate w kwasy mega-6 co prowadzi do zaburzenia równowagi między jednymi i drugimi. 
 
Zaburzenia flory bakteryjnej układu pokarmowego są następnym istotnym czynnikiem przyczyniającym się do objawów ADHD.
Uboga flora bakteryjna sprzyja rozwojowi patogenów w układzie pokarmowym i w całym organizmie (bakterii, grzybów, wirusów, innych pasożytów). Wiele z nich produkuje neurotoksyny działające drażniąco na układ nerwowy. Wprowadzenie do diety produktów fermentowanych, naturalnych jogurtów i kiszonek okazuje się być lepszym środkiem antydepresyjnym niż Prozac.
 
Listę można jeszcze kontynuować - gluten, dodatki chemiczne do żywności, żywność genetycznie modyfikowana, środki czystości. Myślę jednak, że już  skupienie się na tych trzech powyższych punktach przyniesie wymierne i odczuwalne tak dla rodziców, jak i dzieci pozytywne skutki. Bezpiecznie. W przeciwieństwie do leków na ADHD. I niezależnie od tego kto, po co i dlaczego ...
 
 
Literatura:
- Bested i inni (2013). Intestinal microbiota, probiotics and mental health: from Metchnikoff to modern advances: Part II - contemporary contextual research. Gut Pathology doi:  10.1186/1757-4749-5-3
 - Peet (2004). International variations in the outcome of schizophrenia and the prevalence of depression in relation to national dietary practices: an ecological analysis. British Journal of Psychiatry 184:404-408
- Perera i inni (2012). Combined omega-3 and omega-6 supplementation in children with attention-deficit hyperactivity disorder (ADHD) refractory to methylphenidate treatment: a double-blind, placebo-controlled study. Journal of Child Neurology 27:747-753

 

 
 
Na fotografii moja mała Zosia.
Do posłuchania uroczo ciepły staroć, Aretha Franklin - I say a little prayer.
 

wtorek, 7 stycznia 2014

Czajnik i spółka czyli jak gotować wodę

Niedawno zepsuł mi się czajnik elektryczny. A właściwie czajnik regularnie psuł mi instalację elektryczną. Nie od razu wyśledziłam zbója, ale jak już dowody przeciwko niemu były ewidentne, typu "czajnik działa - prąd znika" :-), wszystko stało się jasne. Obrażona na wszystkie czajniki elektryczne świata nabyłam czajnik tradycyjny "stawiany na ogniu", czyli u mnie akurat na płycie gazowej. 
Ale kogo obchodzą moje perypetie z czajnikiem, prawda? :-) 
Zapewniam jednak, że nie zwariowałam pisząc o tym na blogu dotyczącym zdrowia :-) Przyczyną nie jest też brak tematów na następne posty :-) Przy tej okazji dziękuję wszystkim zgłaszającym swoje pomysły i potrzeby na tematy - tu, na blogu na razie nieśmiało, ale w e-mailach już śmielej :-)
 
Wracając jednak do czajnika. Kiedy zaczęłam używać tego nowego zauważyłam natychmiast (!), że pijąc to, do czego używam wody z niego, czuję się jakoś tak ... lepiej, zdrowiej, czyściej ... Początkowo pomyślałam, że przyczyną mojego dobrego samopoczucia w tym temacie jest to, że mój czajnik jest taki uroczy, ma piękny kolor wina, jest błyszczący, ma cudowny kształt i tak ładnie gwiżdże :-) Po kilku dniach jednak zaczęłam się zastanawiać nad tym tak na poważnie. I tak oto zrodził się dzisiejszy post.
 
Wprawdzie mój czajnik elektryczny był nie taki zły, bo był wykonany ze stali. Używałam go też właściwie. Służył mi już jednak jakiś czas, no i był czajnikiem właśnie elektrycznym. Ta z pozoru prosta czynność, jaką jest gotowanie wody, może zaważyć na naszym zdrowiu. Dziś będzie o tym dlaczego materiał, z którego czajnik jest zrobiony ma znaczenie oraz co to znaczy "używać czajnika właściwie", a na koniec dlaczego moim zdaniem nawet zrobiony z najlepszych materiałów czajnik elektryczny nie jest idealny.
 
Pierwsza i zasadnicza sprawa to plastik.

Plastikowe czajniki są nadal niezwykle popularne w naszych domach. Producenci filtrów do wody zdążyli już nas uświadomić nieco w kwestii zagrożeń związanych z bisfenolem A (BPA), stosowanym do produkcji tworzyw sztucznych, również tych do przechowywania i pakowania żywności i napojów. Wprawdzie BPA jest słabo rozpuszczalny w samej wodzie jednak w wyższej temperaturze rozpuszczalność ta wzrasta. Badania naukowe pokazują, że do gotującej się wody uwalniane jest 55 razy więcej BPA z plastiku niż do wody w temperaturze pokojowej. W obawie przed zagrożeniami związanymi z BPA decydujemy się zainwestować w urządzenia filtrujące wodę, by uniknąć picia wody z plastikowych butelek, a następnie wodę osobiście przefiltrowaną wlewamy do naszego czajnika elektrycznego z sztucznego tworzywa i podgrzewamy do 100 stopni. Ujmę to tak - z dwojga złego wolę wodę z plastikowej butelki (prawidłowo przechowywanej) niż wodę zagotowaną w plastikowym czajniku. Oczywiście dostępne są już tworzywa sztuczne pozbawione BPA (stosowane np. do produkcji lepszej jakości butelek dla niemowląt). Poza tym BPA używany jest do produkcji przeźroczystych tworzyw sztucznych. Kto z nas jednak ma pewność, co zawiera sztuczne tworzywo, z którego zrobiony jest jego plastikowy czajnik?

Następnym czajnikowym problemem jest nikiel, którym pokrywane są elementy grzejne w czajnikach.

Jeśli są przeprowadzane kontrole czajników pod tym kątem to ich wyniki generalnie są alarmujące. Władze niektórych krajów, w których świadomość profilaktyki zdrowia jest wysoka, a państwo zużywa pieniądze obywateli w interesie tychże regularnie zlecają tego typu kontrole i wywierają nacisk na producentów czajników. Przykładem takiego kraju jest Dania. Co gorsza okazuje się, że bardziej na ryzyko zanieczyszczenia wody niklem narażone są osoby gotujące wodę filtrowaną. Woda filtrowana charakteryzuje się niższym pH, ma odczyn kwaśny. Sprzyja to łatwiejszemu rozpuszczaniu niklu.

Jeszcze jednym problemem jest powtórne gotowanie wody.

"Oficjalnie" uważa się, że problem ten obecnie ma charakter wyłącznie ekonomiczno-ekologiczny - powtórne gotowanie wody oznacza, że gotujemy jej więcej niż jest nam w danej chwili potrzebne. Władze apelują do obywateli o oszczędność i proekologiczne podejście, a jednocześnie zaprzeczają, że praktyka taka niesie zagrożenie zatrucia toksycznymi pierwiastkami ponieważ jakość wody w kranach jest bez zarzutu. Jednak jak to z jakością wszystkiego obecnie bywa i dla wody ustalone są normy zawartości składników innych niż H2O i zgodnie z tymi normami poziomy tych substancji mają być nie przekroczone. Ale przecież "nie przekroczone" nie jest jednoznaczne z "nieobecne". Powtórne gotowanie wody prowadzi do zmiany jej składu w porównaniu z wyjściowym. Najogólniej rzecz ujmując w wodzie mamy wtedy "mniej wody" niż "w kranie", a więcej substancji chemicznych. Może się zdarzyć, że to "więcej substancji chemicznych" jest niekorzystne dla zdrowia.

I jeszcze jedna sprawa. Ostatnia, co nie znaczy, że mniej ważna - "last but not least" :-)

Jest taka fantastyczna książka dla "domorosłych fizyków", napisana już przynajmniej 50 lat temu przez Hans'a Bracke "Z fizyką za pan brat - eksperymenty fizyczne". Pozwolę sobie zacytować krótki fragment:
"(...) Potrzymajmy naładowaną pałeczkę lub grzebień w pobliżu równomiernego, cienkiego strumienia wody: strumień będzie silnie przyciągany, przy czym obojętne jest, czy ładunek będzie dodatni czy ujemny. Indukcja elektrostatyczna wywołuje na powierzchni wodyładunki przeciwnego znaku, a wyparty ładunek tego samego znaku co ładunek laseczki, zostaje łatwo odprowadzony przez zwarty i przewodzący strumień i rurę do ziemi. 
(...) Co się dzieje z naszym strumieniem wody w polu elektrycznym? Wskutek naładowania cząsteczki wody odpychają się od siebie, jak mogą najdalej. Krople tworzą się wcześniej i na mniejszej wysokości. Dalszej przyczyny omawianego zjawiska należy szukać w tym, że napięcie powierzchniowe wody zmniejsza się skoro nastąpi pole elektryczne. (...)"
Dlaczego to cytuję? Cząsteczka wody jest dipolem elektrycznym, czyli ładunki elektryczne są w niej ułożone polarnie - z jednej strony ujemne, z drugiej dodatnie. Z tego prostego doświadczenia, które każdy może łatwo przeprowadzić w domu widać, że z powodu natury cząsteczek wody nawet tak niewielkie pole elektryczne, jak to z plastikowego grzebienia tuż po czesaniu włosów wpływa na zachowanie wody.
Pole elektromagnetyczne emitowane przez element grzejący czajnika nie należy do tych o dużym natężeniu. Bez wątpienia jednak jest ono większe niż to emitowane przez plastikowy grzebień. Jestem dyplomowanym homeopatą klinicznym i używam homeopatii na co dzień. Uwielbiam to, jak działa. Jako naukowiec swego czasu zgłębiałam ewentualne możliwe przyczyny, dla których tak silnie rozcieńczone roztwory substancji mają szansę w tak spektakularny sposób działać w naszym organizmie. Teorii trochę jest, mniej lub bardziej prawdopodobnych i nie chcę w nie w tej chwili wchodzić. Jedno jest jednak pewne - w przypadku wody powyższy angielski idiom można z powodzeniem przerobić na "very small/weak but not least" - "bardzo mało/słabo nie znaczy, że jest to mniej ważne" dla naszego organizmu.


Literatura:
- Berg i inni (2000). The release of nickel and other trace elements from electric kettles and coffee machines. Food Additives and Contaminants 17:189-196.
- Le i inni (2008). Bisphenol A is released from polycarbonate drinking bottles and mimics the neurotoxic actions of estrogen in developing cerebellar neurons. Toxicology Letters 176:149-156.
- Meikle (2003). Electric kettles may damage your health, scientists warn. The Guardian,