sobota, 24 września 2016

To chemoterapia zabija, a nie rak?

Kochani, dzisiejszy piszę mając w pamięci wszystkich tych, których spotkałam, a których już nie ma wśród nas bo przegrali walkę z rakiem i którzy stali się ofiarami skrajności napędzanej hasłem w tytule.

Wiele razy już zastanawiałam się skąd w nas taka łatwość popadania w skrajności, dlaczego znacznie łatwiej nam przyjmować jako słuszne skrajne poglądy niż te wyważone. Dlaczego tak energicznie walczymy w obronie tych skrajnych poglądów zamiast zobaczyć racje "po obu stronach". Nie wiem czy to nasza cecha narodowa? Czy to cecha wszystkich ludzi? W dodatku w kwestii "jednie-słusznych" skrajnych poglądów narzędzie, jakim jest internet dodatkowo "podkręca" to głoszenie "rewolucyjnych" i "odkrywczych" haseł, które są w ekspresowym tempie udostępniane przez miliony osób, tłumaczone na różne języki i rozchodzą się z prędkością błyskawicy po całym świecie. Rozchodzą się jako prawdy, odkrycia, milowe kroki w czyś tam a są efektami zwykłej mitomanii, manipulacji a niejednorodnie po prostu kłamstwami.

Skąd te ostre słowa? Jak zauważyliście nieczęsto je wypowiadam. Ale powyższy temat sięgnął już takiego rozpędu, ze sumienie mi nie pozwala nie wypowiedzieć się publicznie.


Nagłówki typu "to nie rak zabija, tylko chemioterapia" i ich skutki wśród czytających co pod nimi lub wysłuchującymi różnych prezentacji na ten temat namnażają się równie szybko jak komórki raka :( Niejednokrotnie pod wpływem tego typu teorii chorzy całkowicie rezygnują z leczenia, rezygnują z pomocy lekarza, a w najlepszym wypadku poddają się leczeniu z poczuciem ogromnego strachu i frustracji. A strach to największy wróg chorego. Strach to stres. Stres to ogromne obciążenie dla organizmu, zwłaszcza takiego, już obciążonego chorobą.


W ubiegłym miesiącu bardzo poważne czasopismo naukowe The Lancet Oncology opublikowało artykuł pt. "30-mortality after systemic anticancer treatment for breast and lung cancer in England: a population-based observational study" (tł. Umieralność w ciągu 30 dni po chemioterapii u pacjentów chorych na raka piersi i płuc w Anglii: obserwacyjne badania populacyjne). Artykuł w oryginale można znaleźć na stronie Lancetu pod tym linkiem: http://www.thelancet.com/journals/lanonc/article/PIIS1470-2045(16)30383-7/abstract
Jeśli nie macie dostępu do pełnego tekstu, służę pdfem.

Ten artykuł, podobnie jak wiele mu podobnych, zaczął się pojawiać w powstających, jak grzyby po deszcze wpisach, opiniach, artykułach, poradnikach  jako dowód na to, że chemioterapia zabija a nie rak. Nagłówki głoszą: Szokujące wyniki badań! Prawda ujawniona! Rewolucyjne doniesienia! Itd. itp. Chętnie zaglądamy do nich. Ja również, jak każdy chciałabym, żeby jednego dnia okazało się, że rak przestał być śmiertelną chorobą. Niestety na razie tak nie jest.


Artykuł przeczytałam w całości, od początku do końca i wierzcie mi lub sprawdźcie sami, badania w nim opisane nie pokazały, że rak nie zabija.

Chemioterapia jest rzeczywiście agresywną metodą leczenia. Rzeczywiście może przyczynić się do śmierci pacjenta. I nie ma w tym nic odkrywczego i świat medyczny nigdy nie twierdził, że jest inaczej. Artykuł mówi o tym, że umieralność w pierwszych 30 dniach po leczeniu może być traktowana jako wskaźnik agresywności/szkodliwości leczenia. W artykule mowa również o tym jakie czynniki dodatkowo wpływają na to, że jest to wiek, płeć, ogólny stan organizmu itp.
Celem przeprowadzenia badań było usprawnienie i polepszenie opieki nad pacjentem w ciągu tych pierwszych 30 dni oraz pokazanie jakie czynniki powinny być brane pod uwagę przy ordynowaniu chemioterapii. Przy czym autorzy wielokrotnie wspominają o tym, że takie leczenie jest wielkim obciążeniem dla organizmu ale podkreślają również, że ich badania w żaden sposób nie pokazują, że rezygnacja z tego leczenia przyczynia się do mniejszej umieralności na raka.


Zresztą jakie niby badania mogłyby to pokazać????
Jak musiałyby być zaprojektowane takie badania??? Dwie grupy badawcze, chorzy na raka. Kilkaset osób w każdej, a najlepiej kilka tysięcy. Ten sam rodzaj raka. Podobny wiek pacjentów. Podobny stopień zaawansowania raka i stan organizmu. Jednej grupie podano chemioterapię, drugiej placebo. Take badanie mogłyby coś pokazać w powyższym temacie. Takie badania mogłyby pokazać, że zaniechanie leczenia daje większą szansę przeżycia niż poddanie mu się. Prawda? Ale takie badania nigdy nie zostały przeprowadzone i nigdy nie zostaną przeprowadzone. Dlaczego? Bo oznaczają eksperymenty na ludziach, takie same, jak te na zwierzętach, które wielu z nas tak oburzają.


Reasumując, wspominany artykuł NIE jest raportem szokujących badań, które pokazały, że to chemioterapia zabija, a nie rak. Badania te NIE dowiodły, że zaniechanie leczenia zwiększa przeżywalność u chorych na raka. Te badanie NIE pokazały, że rak nie jest śmiertelną chorobą. Takie badania NIE istnieją. 
Co pokazały te badania? Że chemioterapia jest agresywnym leczeniem, które może spowodować śmierć pacjenta.
Co z tego wynika? Że działania dodatkowe znacząco zwiększają szansę chorych na wyleczenie. Że należy wzmacniać organizm. Należy odpowiednio odżywiać się. Należy uzupełniać niedobory i usuwać substancje toksyczne i prozapalne. Należy panować nad stresem, dbać o zdrowie psychiczne.
Można zrobić wiele, by zwiększyć swoje szanse na powodzenie leczenia. Nie zawsze w tej materii możemy liczyć na lekarza. Miejmy nadzieję, że tego typu badania będą sukcesywnie przyczyniać się do całościowego traktowania pacjenta.


Dziś sobota. Jakie macie plany? Ja idę w góry :) Bo wycieczki w góry wpływają na ekspresję genów. Wiedzieliście o tym? :) Wkrótce napisze więcej :)
Na zdjęciu cudny widok z góry Slåttdalsberget w Parku Narodowym Skuleskogen w Szwecji. Do posłuchania ostatnio ulubiony kawałek mojej córki. Sing, sing, sing - Benny Goodman. Klasyka, że tak to ujmę :) Zosia obejrzała ze mną "Boską Florence" i nie może teraz przestać tego słuchać. Jeśli nie idziecie dziś w góry to wybierzcie się na ten film :) Pod oryginałem Sin, sing, sing fragment z "Boskiej Florence", w którym Hugh Grant tańczy do tego kawałka :)




 
  

poniedziałek, 12 września 2016

Seria "Odpowiedzi" - Witamina B12, ale jaka?

Dzisiejszy post z serii "Odpowiedzi" inspirowany jest Waszymi pytaniami o suplementacje kwasem foliowym przy polimorfizmie (mutacji) genu MTHFR, kodującego enzym biorący udział w przetwarzaniu kwasu foliowego do aktywnego 5-metyltetrahydrofolianu. Zainspirowany, bo nie poświęcę go folianowi - ten temat jest obecnie już dość szeroko opisywany. Sama również już o nim pisałam tu: http://www.naturopatia-sanatum.pl/homocysteine.shtml
 
Powszechnie obecnie wiadomo, że u osób z mutacją genu MTHFR suplementacja kwasem foliowym nie tylko nie przynosi pożądanego efektu (normalizacja poziomu homocysteiny) ale również może być szkodliwa, ze względu na akumulowanie się nieprzetworzonego kwasu foliowego w krwi. Z tego powodu dobór odpowiedniego suplementu o osób z takim problemem jest niezwykle istotny.
 
 
Wiadomo też, że oprócz niedoboru folianu, przyczyną zbyt wysokiego poziomu homocysteiny może być niedobór witaminy B6 i B12. Niewiele jednak mówi się o tym, że forma witaminy B12 (kobalaminy) również ma znaczenie.
O ile w metabolizmie kwasu foliowego kluczowy jest jeden enzym, o tyle w metabolizmie witaminy kobalaminy bierze udział wiele enzymów. Defekt któregoś z nich jest potencjalną przyczyną upośledzenia metabolizmu kobalaminy. I z tego powodu, podobnie, jak w przypadku kwasu foliowego/folianu forma witaminy B12 jaką aplikujemy sobie w postaci suplementu jest niezwykle ważna. Mimo, że obecnie można bez problemu wykonać badanie stwierdzające mutację genu MTHFR, zawsze, również wtedy gdy wynik tego badania jest negatywny, a w szczególności jeśli go nie wykonaliśmy bezpieczniej jest suplementować się aktywnym folianem. W przypadku mutacji genów kodujących enzymy biorące udział w metabolizmie kobalaminy zdiagnozowanie takiego problemu jest o wiele trudniejsze. Dlatego tym bardziej w przypadku tej witaminy bezpieczniej jest zażywać suplementy zawierające aktywną formę witaminy B12 - metylkobalaminę.
 
 
W suplementach najczęściej znajdziemy inną formę tej witaminy - cyjanokobalaminę. Cyjanokobalamina nie występuje w naturze ani w roślinach, ani w organizmach zwierzęcych. Zawiera cząsteczkę cyjanku. Ilość cyjanku przyjmowana w suplementach z tą formą witaminy B12 jest stosunkowo niewielka, niegroźna dla organizmu, pod warunkiem, że zostanie z niego usunięta dzięki systemom detoksyfikacji między innymi z udziałem glutationu.

 
Witamina B12 bierze udział w syntezie hemoglobiny, DNA i hormonów, a także w metabolizmie tłuszczy i białek. Jej niedobór powoduje uczucie zmęczenia, utratę apetytu, zaparcia i anemię. Niskie, choć jeszcze w tzw. normie, poziomu witaminy B12 mogą skutkować zaburzeniami ze strony układu nerwowego takimi, jak drętwienie dłoni i stóp, problemy z równowagą, podenerwowanie, problemy z pamięcią, a jeśli są długotrwałe to również depresję i demencję.
 
 
Pamiętajcie jednak, że jeśli suplement to tylko z metylkobalaminą.
 
 
Na fotografii wspomnienie z wakacji - Camara do Lobos, jedno z uroczych miasteczek na przepięknej wyspie Maderze, ulubione miasteczko Winstona Churchilla
Do posłuchania Lilly Allen - Somewhere only we know.