wtorek, 12 grudnia 2017

Probiotyki, zakwaszanie i ocet jabłkowy - czyli jak się nie zagubić w szumie informacyjnym :)

Drodzy czytelnicy, dzisiejszy post piszę, bo się zdziwiłam :) 
Zostałam niedawno zapytana o sensowność jedzenia kiszonek, naturalnych jogurtów itp. w kontekście bakterii probiotycznych. Osoba, która pytała zetknęła się z informacjami, że nie mamy z tego żadnych korzyści, bo bakterie probiotyczne giną w żołądku z powodu kwaśnego odczyny soku żołądkowego oraz, że tylko probiotyki w kapsułkach mają sens, bo chroni je otoczka i w formie nietkniętej docierają do jelit.
Pani Alino, pozdrawiam :)

Wyszło  mi, że chyba... nie jestem na bieżąco i postanowiłam sprawdzić temat :)

To, że teorie o wyższości probiotyków w kapsułce nad tymi w pożywieniu znajdywałam na stronach producentów i sprzedających suplementy, między innymi z probiotykami, mnie nie zdziwiło. Wiadomo, sposoby na marketing bywają różne ;) Ale natknęłam się również na takie wiadomości na stronie... dietetyka:

"(...) Niestety szczepy obecne w jogurtach probiotycznych nie są odporne na działanie kwasu solnego i żółci. Dlatego większość z nich ginie w żołądku i nie dociera do jelita grubego. Nie wykazują możliwości kolonizacji przewodu pokarmowego, nie mają zdolności przylegania do nabłonka jelita. Tym samym ich właściwości prozdrowotne i przydatność zastosowania w trakcie antybiotykoterapii jest ograniczona. (...)"
Zespół, który widnieje na tej stronie to duuuużo różnych... dietetyków.

Większość bakterii rzeczywiście ginie w kwaśnym środowisku, co w dużym stopniu chroni nas przed infekcjami układu pokarmowego. Jednak akurat bakterie probiotyczne z gatunków  Lactobacillus i Bifidobacterium są wyjątkowo odporne na niskie pH. Przeżywają w pH niższym niż 3 przez kilka godzin, podczas gdy większość bakterii ginie w nim w ciągu 15 minut. Dzieje się tak ponieważ bakterie probiotyczne posiadają "systemy ochronne" np. niektóre z nich otoczone są polisacharydami (węglowodany złożone), które jak kapsuła chronią je przed niskim pH, uniemożliwiając przedostanie się kwasu obecnego w soku żołądkowym do wnętrza komórki. Inne posiadają w swojej błonie specjalne pompy (białka), które wypompowują na zewnątrz komórki kwas, tym samym zabezpieczając jej wnętrze przed jego destrukcyjnym działaniem.
Dodatkowe naturalne zabezpieczenie bakterii probiotycznych przed niskim pH to sama żywność, która je zawiera - działa buforująco przyczyniając się do chwilowego wzrostu pH w żołądku.

Nieprawdą jest więc, że nie ma żadnego pożytku z spożywania żywności bogatej w probiotyki. Wprost przeciwnie. Korzystajcie więc z dobrodziejstw kiszonek, naturalnych jogurtów i kefiru (naturalnych, czyli uzyskanych w wyniku fermentacji), niepasteryzowanych miękkich serów (w szczególności kozi ser), marynowanych oliwek, natto i miso (fermentowana soja) czy octu jabłkowego. Zawierają nie tylko bakterie probiotyczne ale i to, co bakteriom jest potrzebne do życia plus "parę" innych składników przydanych naszemu organizmowi. Tych ostatnich nie znajdziecie w kapsułkach z probiotykami.

A tak przy okazji, skoro już wspomniałam o occie jabłkowym. Niedawno i tu się mocno zadziwiłam słuchając wywodów pewnego pana, który zresztą w ostatnim czasie zdaje się wydał książkę, udziela wykładów i takich tam. Zresztą mam wrażenie, że nie on jeden rozpowszechnia te wieści.
Otóż wspomniany pan tłumaczył, że jedynym efektem zażywania kwasu askorbinowego jest zakwaszanie organizmu i to dlatego kwas askorbinowy poprawia odporność na przeziębienia itp. Ale zażywanie kwasu askorbinowego to błąd, trzeba zamiast tego pić ocet jabłkowy - ocet jabłkowy też zakwasza ale z jakichś powodów (tu nie dosłyszałam, a nie miała siły słuchać ponownie) czyni to lepiej.

Proponuje przyjrzeć się kilku faktom, a wnioski wyciągnięcie sami.

Jakie jest pH soku żołądkowego? Z reguły około 1.5. Czyli bardzo niskie. pH soku żołądkowego wzrasta tymczasowo po jedzeniu - z powodu składników pożywienia. I niskie musi być. U wcześniaków stwierdza się pH w okolicy 4.4, a u osób w podeszłym wieku nawet 6.6 - obie grupy mają problem z częstymi infekcjami układu pokarmowego.

Jakie jest pH octu jabłkowego? Pomiędzy 3.1 a 5. Czyli mniej kwaśne niż soku żołądkowego.

Jakie jest pH kwasu askorbinowego? 4.2. Czyli również mniej kwaśne niż soku żołądkowego.

Co się stanie po dodaniu roztworu o wyższym pH do roztworu o niższym pH? pH tego drugiego wzrośnie, czyli stanie się mniej kwaśne. Hmmm, a przecież zarówno kwas askorbinowy, jak i ocet jabłkowy mają zakwaszać i stąd ich dobroczynne działanie...

Ale idźmy dalej.

Jak pH w żołądku ma się do pH reszty płynów w organizmie? Nijak. Wpływa jedynie na pH moczu - jednym z mechanizmów, dzięki któremu nasz organizm jest w stanie utrzymać stałe pH krwi (lekko zasadowe, nieco powyżej 7) jest usuwanie nadmiaru jonów wodorowych odpowiedzialnych za kwaśny odczyn wraz z moczem.

W takim razie jak kwaśny odczyn w żołądku pomaga zwalczać bakterie odpowiedzialne z infekcje górnych dróg oddechowych? Nijak. O wirusach nie wspomnę, a to te w większości odpowiadają za przeziębienia.

Ale to jeszcze nic.

Część osób twierdzi, ze ocet jabłkowy odkwasza organizm i np. usuwa takie problemy, jak sińce pod oczami "będące skutkiem zakwaszenia organizmu". A jeszcze inni radzą, żeby zakwasić żołądek octem jabłkowym, żebym pozbyć się zgagi, która (tak dla przypomnienia) jest spowodowana refluksem żołądkowo-przełykowym, czyli przemieszczaniem się soku żołądkowego do przełyku. Kwaśniejszego od octu jabłkowego, soku żołądkowego...

Przy czym nie chcę przez to powiedzieć, że ocet jabłkowy nie wpływa korzystnie na nasz organizm. Wpływa! Ale nie dlatego, że cokolwiek zakwasza. Zawiera bakterie probiotyczne, jak już wspomniałam, obniża indeks glikemiczny potraw bogatych w węglowodany, jest źródłem naturalnej witaminy C, a także zawiera enzymy.

Reasumując, powtórzę to, co w poprzednim poście - podążaj za nauką, nie za modą :)

Fotka - wariacja świąteczna mojej córki Zosi :)
Do posłuchania - George Ezra, Listen to the man. Przyznacie, że aż trudno uwierzyć, że ten głos nie należy do tego starszego pana :), czyli Ian'a McKellen'a znanego np. jako Gandalf z Władcy Pierścieni :)
Literatura (przykładowa :):
- Ostman i inni (2005) Vinegar supplementation lowers glucose and insulin responses and increases satiety after a bread meal in healthy subjects  European Journal of Clinical Nutrition (2005) 59, 983988 (2005), DOI:10.1038/sj.ejcn.1602197

środa, 29 listopada 2017

Witamina D3 - dlaczego więcej nie znaczy lepiej

O witaminie D3 dopiero co pisałam, następny wpis miał być o czymś zupełnie innym, nie wspominając już o tym, że czeka na mnie ważna praca do zrobienia na dziś. Ale z rozmów z Wami widzę, że temat witaminy D3 jest palący - jest ciemno, zimno, szerzą się wirusy, a wiemy, że witamina D3 wpływa pozytywnie na odporność, jest ważnym czynnikiem w zapobieganiu depresji i wiele innych. No i wiemy też, że mieszkając tu, gdzie mieszkamy jesteśmy narażeni na niedobory witaminy D3. W ogóle dużo wiemy o tym.
 
Więc co robimy?
 
Biegniemy zbadać sobie poziom frakcji 25(OH)D w krwi. No i świetnie, dobrze to wiedzieć. Dostajemy wynik badania i widzimy, rany boskie, poniżej normy laboratoryjnej, albo nawet nie poniżej normy ale poniżej tego, co wyczytaliśmy, że powinno być, żeby zapobiegać rakowi. Tak więc w te pędy poszukujemy produktów z jak najwyższą dawką witaminy D3, nie zważamy na słowa lekarza, który radzi "nie przesadzać", z reguły nie mając czasu wyjaśniać dlaczego. A zresztą, "lekarz to przedstawiciel Big Pharmy". A co robi Big Pharma? "Chce żebyśmy byli chorzy, nie zdrowi". Więc co tam lekarz, co tam wskazania. Ja mam niedobór witaminy D3, muszę ją uzupełnić. Mam niedobór, więc muszę uzupełniać dużymi dawkami, żebym jak najszybciej pozbył się tego wrednego niebezpiecznego niedoboru. 
Czasem scenariusz jest prostszy - jest zima, musze brać witaminę D3. Zgoda. Ile? Dużo, bo im więcej tym lepiej. A wiesz jaki masz poziom witaminy D3? Nie, to nie jest ważne, witaminy D3 nie da się przedawkować.

Kochani, wybaczcie sarkazm, ironię, spłycanie i upraszczanie. Ale obserwuję niepokojące zjawisko nieprzemyślanego powtarzania, powielania, udostępniania itp. wypowiedzi różnych osób bez sprawdzania ich prawdziwości. I wyjaśniam na wszelki wypadek, gdyby ktoś mnie opacznie zrozumiał - jestem przekonana, że witamina D3 jest niezwykle ważna, trzeba ją uzupełniać, Big Pharma nie zawsze ma czyste ręce, a nauka nie zawsze służy ludziom.

Ale to nie znaczy, że im więcej tym lepiej.

Dlaczego?

Witamina D3 jest witaminą rozpuszczalną w tłuszczach. To znacząco różni ją od witamin rozpuszczalnych w wodzie w kwestii tego, co dzieje się z nią w naszym organizmie. Przede wszystkim nadmiar witaminy D3 trudno naszemu organizmowi usunąć. Przy czym, nadmiar nie odnosi się wyłącznie do poziomu frakcji 25(OH)D3, ale również do ilości witaminy D3 podanej w jednej dawce lub w ciągu dnia. Mimo, że mamy niedobór witaminy D3 po podaniu wysokiej dawki organizm musi coś z tym zrobić, tu i teraz, a nie na przestrzeni miesiąca lub roku, przetworzyć, zmetabolizować, wykorzystać. Nadmiar witaminy D3 jest zamieniany przez wątrobę do formy pro-hormonu, kalcifediolu, który może spowodować nadmiernie podwyższenie poziomu wapnia w krwi, hiperkalcemię, zagrażające naszemu zdrowiu. Na liście niepożądanych skutków hiperkalcemii mamy np. ryzyko kamicy nerkowej, kamicy żółciowej czy chorób trzustki.

Dlaczego tak ważna jest dzienna dawka?

Witamina D3 działa jak hormon. To nie jest substancja odżywcza ani nie jest to lek, co do którego stosuje się zasada, że wyższa dawka działa skuteczniej. Hormony, w tym witamina D3, są zaangażowane w wiele procesów w naszym organizmie. To nośniki informacji, wpływają na syntezę białek o charakterze regulatorowymi i enzymów. Ich działanie uzależnione jest zarówno od ich poziomu, jak ilości receptorów, z którymi się wiążą. Nadmierne dawki hormonów, w tym witaminy D3, zaburzają działanie tej wrażliwej i skomplikowanej maszyny jaką jest nasz organizm.

Przykłady faktów, o których najwyraźniej "zapominają" nawołujący do suplementacji wysokimi dawkami witaminy D3, a które powinny niepokoić.

Badania wyraźnie pokazują, że witamina D3 odgrywa ważna rolę przy zachorowaniu na raka prostaty. Przy czym większe ryzyko tego schorzenia towarzyszy zbyt niskim poziom witaminy D3, ale również spożyciu zbyt wysokich dawek witaminy D3.

Suplementacja dawkami powyżej zalecanych nie zapobiega osteoporozie. Taka suplementacja powoduje osteoporozę. Już o tym pisałam, ale wyjaśnię jeszcze raz szerzej. Niedobór witaminy D3 powoduje oporność kości na działanie parathormonu. Parathormon w odpowiednim stężeniu ma działanie kościotwórcze. Stężenie parathormou uzależnione jest od poziomu wapnia w krwi, spada przy wyższych poziomach wapnia. Wysokie dawki witaminy D3 powodują wzmożone wychwytywanie wapnia z pożywienia (i kości), co prowadzi do wzrostu poziomu wapnia w krwi i do obniżenia poziomu parathormonu. Przy suplementacji wysokimi dawkami witaminy D3 mamy więc nieefektywnie niski poziom parathormonu, a na dodatek ubywa na wapnia z kości.

Aktywną formą witaminy D3 jest kalcytriol (czyli forma 1,25(OH)D). Zbyt wysokie dawki suplementów z witaminą D3 zaburzają działanie kalcytriolu. W efekcie "ładnie" nam rośnie poziom 25(OH)D3 w krwi, a witamina D3 działa coraz gorzej, nie lepiej. O czym nie przekonamy się następnego dnia po zażyciu wysokiej dawki ale być może po latach. I zapewne nie będziemy tego wiązać ze zbyt oszalałą suplementacją witaminy D3, jeśli już to pomyślimy, że braliśmy jeszcze za mało.
 
Przy suplementacji 5000IU dziennie przez 6 miesięcy stwierdzono u pacjentów zwiększony stosunek wapnia do kreatyniny w moczu, co wskazuje na utratę wapnia z organizmu, spowodowaną jego zbyt wysokim poziomem w krwi.

W wielu przypadkach w badaniach dotyczących wpływu suplementacji witaminy D3 na nasz organizm pojawiają się sprzeczności - jedne badania wskazują pozytywny efekt u osób z insulinoopornością, chorobami autoimmunologicznymi, czy chorobami serca. Inne badanie pokazują, że brak jest jakiegokolwiek efektu. Kiedy wgłębimy się w te badaniami zobaczymy, że np. w niektórych z tych drugich stosowano gigantyczne dawki jeden raz w miesiącu.
 
Ponadto, okazuje się, że u osób, które znacząco zwiększyły poziom 25(OH)D3 intensywną suplementacją stwierdza się wzrost CRP (białko ostrej fazy, marker stanów zapalnych), a także wzrost poziomu homocysteiny. Co wskazuje na wzrost, a nie spadek natężenia stanów zapalnych, które leżą u podłoża wielu chorób.
 
 
I jeszcze jedno - docierają do mnie glosy, że w Polsce dopuszczalna jest suplementacja 4000IU D3, jako w pełni bezpieczna. Taka dawka jest nawet wskazana dla osób otyłych, u których zapotrzebowanie na wszystkie witaminy jest większe niż u osób z normalną wagę. U osób nie chorujących na otyłość podaje się tą dawkę jako bezpieczną jednak z zaznaczeniem, że jest ona bezpieczna dla osób bez obciążających zaburzeń i schorzeń, zaś bezpieczeństwo rozumiane jest tu jako brak powodowania objawów toksyczności, a nie jako brak negatywnego wpływu na organizm, który może ujawnić się po latach. Założę się, że większości osób nawet przez myśl nie przejdzie, że zaczynają chorować, bo przesadzali z suplementację witaminy D3.
 
 
Już słyszę głosy fanów witaminy D3 - my wiemy jak zapobiegać tym wszystkim negatywnym efektom, zażywamy witaminę K2, o!
 
Kolejna, nie wiem jak to nazwać, plotka? przekłamanie? nieścisłość? Też już pisałam ale powtórzę. Witamina K2 nijak się ma do niwelowania niekorzystnych skutków wysokiej dawki witaminy D3. Witamina K2 współdziała z witaminą D3 w gospodarowaniu wapniem. Przy niskim poziomie witaminy K2 wapń, z udziałem witaminy D3, wbudowywany jest w niewłaściwe miejsca, w tkanki miękkie - jelita,  tętnice, zamiast w kości i zęby. Tak więc przy wysokich dawkach witaminy D3 i niedoborze witaminy K2 wbudowywanie wapnia w tkanki miękkie będzie wzmożone. Co nie oznacza, że jeśli do D3 dodamy K2 to uchroni nas to przed wymienionymi skutkami nadmiaru witaminy D3.

I na koniec - ile powinniśmy zażywać witaminy D3, żeby nie narażać się na skutki nadmiaru?
 
2000IU to maksymalna dawka bezpieczna do stosowania przez długi czas. Międzynarodowe instytucje zajmujące się sprawami zdrowia podają: 800-2000IU. 800IU - dawka konieczna do zapobiegania krzywicy, 2000IU - dawka potrzebna do osiągnięcia stężenie 25(OH)D w wysokości 75 nmol/l .
 
 
Tak więc chcesz sobie pomóc, czy zaszkodzić? Zastanów się zanim bezkrytycznie zastosujesz suplement. Kochani, podążajcie za nauką, nie za modą. Ja tak robię :)
 
 
Podrzucam muzyczkę - cudowna Marta Gałuszewska w piosence Sheryl Crow :)
 
 

sobota, 18 listopada 2017

Witamina D3 z lanoliny

Kochani czytelnicy, przyznam, że nie śledzę internetowych newsów o alternatywnych metodach leczenia, filmików na YouTube na ten temat, reklam suplementów ani wykładów i opracowań różnych osób. To sprawia, że czasem rozmawiając z kimś jestem naprawdę zaskoczona. I chyba nigdy się nie przyzwyczaję do tego jak łatwo półprawdy lub zwyczajne bzdury stają się "faktami", bo zostały powtórzone wystarczająco dużo razy i przez osoby cieszące się wystarczająco dużym zaufaniem. 
 
Tak właśnie zaskoczona poczułam się ostatnio  przy okazji rozmowy na temat suplementów z witaminą D3. Pani Justyno, pozdrawiam :)
 
Chodzi o to, że niektórzy producenci i sprzedający suplementy z witaminą D3 podają, że ich suplement jest taki specjalny i lepszy niż inny, bo zawiera witaminę z lanoliny. Mnożą się również porady, że jeśli witamina D3 to tylko z lanoliny, bo jest naturalna a inne są "be", bo "syntetyczne. Widzę potrzebę uporządkowania tego bałaganu, stąd ten post :)
 
Otóż prawda jest taka, że ta sama witamina D3 pakowana do suplementów zarówno pochodzi z lanoliny, jak i jest produkowana w fabryce. Innymi słowy ta z lanoliny  jest zawsze "syntetyczna" w sensie, że wyprodukowana z czegoś, a nie pozyskana jako gotowa.
To "coś" to 7-dehydrocholesterol ekstrahowany z lanoliny uzyskany z wełny owiec. Lanolina jest usuwana z wełny za pomocą detergentów i gorącej wody, następnie jest poddana saponifikacji (zmydlaniu) w celu oddzielenia tłuszczu od alkoholi lanolinowych, a potem z tych ostatnich cholesterol jest ekstrahowany z użyciem rozpuszczalników. Dalej cholesterol podlega jeszcze szeregowi reakcji, oczyszczaniu, przekształceniu w 7-dehydrocholesterolu. Aż w końcu 7-dehydrocholesterol, nazywany prowitaminą D3, jest naświetlany promieniami UV. W efekcie tej reakcji powstają również niepożądane składniki, które są usuwane z produktu końcowego. Tak uzyskana witamina D3 jest wykorzystywana do produkcji suplementów. I bez tej drogi w fabryce między lanoliną z wełny, a witaminą D3 nie da rady.
 
 
A teraz słów kilka o "naturalnej" witaminie D3, tzn. takiej, która jest witaminą D3 bez dodatkowej obróbki w fabryce. Taką witaminę zawiera olej rybi. Ryby magazynują witaminę D3 w tłuszczu, szczególnie dużo zawiera jej rybia wątroba. Kiedy słyszymy "naturalna" i "syntetyczna" odruchowo chcemy się skierować w stronę tej naturalnej, bo "wszystko co naturalne jest dobre". Czasem tak, czasem nie. To zależy co i powody są różne. W przypadku witaminy D3 "naturalna" oznacza też niestety "zanieczyszczona". Oleje rybie nie poddane oczyszczaniu zawierają również toksyny, w tym rtęć. Olej z wątroby zawiera jej szczególnie dużo. Proces oczyszczania oleju ma na celu usunięcie zanieczyszczeń (z lepszym lub gorszym skutkiem - o tym będzie osobny post) ale skutkuje również usunięciem innych składników, w tym witaminy D3. Tak więc albo mamy czysty olej rybi bez witaminy D3, albo z witaminą D3 ale tez wysoce niepożądanym dodatkiem rtęci. Oczywistym jest, że negatywny wpływ na nasz organizm rtęci znacząco przewyższa ewentualny pozytywny wpływ witaminy D3. Przy czym rtęć pochodzi nie tylko z zanieczyszczeń ale jest również naturalnie występującym składnikiem w morzach.
 
Jak dla mnie wybór jest więc prosty - wybieram oczyszczony olej rybi i syntetyczną witaminę D3 z lanoliny.
 
Zresztą tylko olej z wątroby dużych ryb zawiera wyższe dawki witaminy D3, a ten jest najbardziej narażony na zanieczyszczenie. W oleju z ciała ryby (najczystszy) ilość witaminy D3 jest za niska, by opierać się na niej w efektywnej suplementacji.
 
 
Oczywiście nie ma wątpliwości, że najlepszą witaminą D3 jest ta wyprodukowana w naszej własnej skórze z naszego własnego cholesterolu. Biorąc jednak pod uwagę, że dostęp do słońca na odpowiedniej wysokości mamy utrudniony przez większą część roku a do lamp emitujących UV B większość osób nie ma dostępu - suplementacja witaminy syntetycznej z lanoliny jest w moim odczuciu bardzo dobrym wyjściem.
 
Przy tej okazji poruszę jeszcze dwie inne sprawy dotyczące suplementacji witaminy D3 - dawka witaminy D3 i witamina K2.
 
Kiedy orientujemy się, że mamy niedobór witaminy D3 mamy ochotę uzupełnić go jak najszybciej i jesteśmy przekonani, że najlepiej zrobić to stosując wysoką dawkę witaminy D3. Wysokie dawki witaminy D3 należy stosować w wyjątkowych i uzasadnionych sytuacjach, przez krótki czas. Dlaczego? Ponieważ wysokie dawki witaminy D3 zaburzają bardzo delikatną równowagę między witaminą D3 w naszym organizmie a wapniem. Nadmiar witaminy D3 jest przekształcany do kalcyfediolu, prohormonu - może to skutkować nadmiernym wzrostem poziomu wapnia w krwi, czyli hiperkalcemią. Kalcyfediol pobudza wchłanianie wapnia z przewodu pokarmowego, czyli żywności i z tkanki kostnej - z tego powodu nadmiar witaminy D3 może pogłębiać osteoporozę. Hiperkalcemia zaburza pracę całego organizmu: nerek, układu pokarmowego, serca, mózgu. Obecnie uważa się za fizjologicznie bezpieczną do dłuższego stosowania, z powyższych powodów, dawkę witaminy D3 w wysokości 2000IU - taka dawka zapewnia idealny stosunek witaminy D3 do wapnia.
 
I tu przychodzi czas na witaminę K2. Słyszymy: wysokie dawki witaminy D3 są bezpieczne, gdy zażywamy je z witaminą K2. To prawda, K2 i D3 współdziałają przy wbudowywaniu wapnia do kości i chronią przed wbudowaniem wapnia do blaszek miażdżycowych. Witamina K2 ma również wiele innych ważnych funkcji. Ale nie zabezpiecza przed hiperkalcemią spowodowaną długotrwałym stosowaniem wysokich dawek witaminy D3. Tak więc - tak, dzięki witaminie K2 witamina D3 w zakresie związanym z mineralizacją kości jest skuteczna i nie, witamina K2 nie jest gwarancją bezpieczeństwa stosowania wysokich dawek witaminy D3.
 
I jeszcze jedna sprawa jeśli chodzi o witaminę K2 - suplementacja witaminą K2 do wyjście awaryjne, a nie gwarancja zdrowia. Dlaczego? Bo w suplemencie znajdziemy tylko formę MK-7. A to nie jedyna forma witaminy K2 potrzebna w naszym organizmie. Tylko MK-7 bo tylko MK-7 daje się zapakować w suplement. Druga ważna forma to MK-4 - w formie naturalnej niestabilna, w formie syntetycznej nieskuteczna. Inne formy to MK-8 i MK-9. Badania naukowe pokazują np., że to forma MK-4 jest szczególnie skuteczna przy zapobieganiu nowotworom. Wszystkie formy jesteśmy w stanie dostarczyć sobie tylko w żywności i dlatego to o odpowiednie odżywianie powinniśmy zadbać chcą dostarczyć sobie witaminy K2. Znajdziemy ją w podrobach, żółtkach jaj, fermentowanej soi (natto, miso, tradycyjny sos sojowy), fermentowane warzywa, sery wyprodukowane z użyciem bakterii (Gouda, Ementaler, Cheddar, Brie).
 
 
Czyli reasumując, ponownie stwierdzam: diabeł tkwi w szczegółach :)
 
 
Fotka - z tęsknoty za latem wspomnienie z wakacji - widok z platformy widokowej na Capo Girao na Maderze, uchodzącego za najpiękniejszy klif Europy. Do posłuchania wynalazek mojej Córki :)
 
 
 
 
 
 

wtorek, 31 października 2017

Omega-3 i mukowiscydoza - list od czytelnika

Drodzy czytelnicy, dzisiaj postanowiłam zamieścić list od pana Tomasza, który napisał do mnie po natknięciu się na mojego bloga.
Pan Tomasz choruje na mukowiscydozę i napisał do mnie o swoich własnych doświadczeniach stosowanie kwasów omega i nie tylko przy swojej chorobie. Zamieszczam ten list, ponieważ pan Tomasz wykonuje niesamowitą i bezcenną pracę - wziął zdrowie w swoje ręce, zgłębia wiedzę dotyczącą swojej choroby i działa, niezależnie od tego co mają mu do zaoferowania (lub raczej nie mają) lekarze. Jego obserwacje są bardzo cenne dla innych chorych. Dla tych, którzy są po prostu zainteresowani ta tematyką będą równie interesujące - to już nie "suche fakty" z literatury naukowej ale przykład wprowadzenia ich w życie.
 
List pana Tomasza jest dla mnie szczególnie ważny - poświęcił czas, by podzielić się ze mną swoimi doświadczeniami, co nie zdarza się często. Piszecie do mnie dużo ale najczęściej pytając. Zachęcam również do pisania, by podzielić się swoimi doświadczenia. Wiem, że to zajmuje czas, a każdy z nam cierpi na jego brak ale Wasze doświadczenia osobiste są naprawdę bezcenne dla innych.
 
Poniższy list wklejam w niezmienionej formie, pozwoliłam sobie jedynie usunąć kilka zdań bardziej osobistych lub bezpośrednio związanych z zakupem produktów.
 
Panie Tomaszu, DZIĘKUJĘ!
 
>>>>Czytałem dużo na blogu od Pani Izy Dobrowolskiej, przede wszystkim o tym, że zażywanie suplementu łącznie z DHA i EPA powoduje dużo mniejszą wchłanialność EPA.
 
Jestem osobą chorą na mukowiscydozę, jednak tym co w mojej dolegliwości jest istotne, to fakt, że nie wchłaniam tłuszczów. Omega 3 to tłuszcze, więc samo się nasuwa, że mam/miałem z tym liczne problemy. Niestety lekarze, nawet Ci którzy zajmują się mukowiscydozą, nie potrafili mi w żaden sposób pomóc na moje wołanie o pomoc.
  
Nie brałem żadnego omega 3 od 2010r, kiedy to branie tego suplementu zaleconego przez lekarza, powodowało u mnie biegunki oraz bóle brzucha. Z upływem czasu, teraz wiem, że było to spowodowane złym doborem enzymów trzustkowych, jakie chory na mukowiscydozę bierze, i braniem omega 3 osobno od posiłku. Ale może to i lepiej, ponieważ suplement zalecany miał oprócz omega 3 również złe omega 6. 
 
Od ponad dwóch lat mam szereg dolegliwości, demencję, problemy z pamięcią, suche oczy (zero wydzielanych łez w teście schirmera), problemy z koncentracją, myślą przestrzenną, niesamowite problemy z odpornością. Byłoby tego więcej, być może nawet gdzieś opiszę moją historię bo jest ciekawa, jak brak Omega 3 wpływa na tyle dolegliwości. Robiłem wszystkie możliwe badania, dopiero nieco ponad rok temu, postanowiłem spróbować zażyć oleju lnianego, tracąc już dosłownie nadzieję, moje życie polegało na leżeniu w łóżku. Wystarczyła jedna lub dwie łyżki, by tchnęło we mnie ciepło, jakaś gładka powłoka na oczy - od razu to wyczułem. Od tego momentu drążę temat omega 3.
 
Idąc dalej, początkowo wiele czasu zajmowało mi dotarcie do odpowiedniego leczenia. Początkowo uzupełniałem samo DHA suplementem OmegaMed dla kobiet w ciąży, później mieszałem to z produktem Swanson Super Epa, gdzie jest połączenie DHA+EPA. Później, nie widząc zadowalających efektów (czyt. dalej miałem objawy, chociaż mniejsze) postanowiłem użyć oleju lnianego wg diety dr Budwig, codziennie jakoś po 100g oleju lnianego, mieszanego z pozbawionym tłuszczu twarogiem i tak przez ok 3 miesiące. Rezultaty marne. Doszedłem do wniosku, że przecież jak mój organizm nie radzi sobie z wchłanianiem tłuszczów, to jak może sobie radzić z konwersją z ALA do EPA i DHA. Wróciłem zatem do brania już tylko i wyłącznie produktu Swanson z EPA i DHA. Dało to lepsze rezultaty, jednak minęło kolejne 3 miesiące, a u mnie mimo wszystko objawy takie jak brak odporności (całe dnie moje ciało miało podwyższoną temp. 37,5C około), nieumiejętność ogrzania ciała, mnóstwo kołder podczas snu, non stop pocenie się, w dalszym stopniu chwilowe demencje, alzheimery, suchości oczu.
 
Miałem również przygodę, iż wróciłem na krótki czas do preparatu który zalecił mi 7 lat temu lekarz. Efekt, jako że w tych kapsułkach były "inne tłuszcze rybie" - czyli zakładam omega 6 był opłakany. Od razu niesamowita suchość oczu, niesamowity brak koncentracji, bóle głowy.
 
Postanowiłem postawić na Vegepa, czytając Pani bloga. Co prawda wczoraj dopiero przyszła mi 1sza paczka, ale już temperatura ciała od tej pory jest normalna, potrafię się zagrzać, nawet spałem bez tych wszystkich kołder, na języku zgubiła się biała plama. 1 dzień  to trochę mało by krzyknąć "Hura", jednak jestem dobrej myśli. 
  
Zamówiłem dodatkowo produkt Neurobalance o którym wcześniej nie słyszałem, ale wnioskując po opisie i firmie, przysłuży mi się w moich objawach neurologicznych. 
 
Do tego zamówiłem Kurkumę Longvida również z firmy Igennus. Również dzięki Pani wyczytałem o tym na blogu.
 
Sam swego czasu testowałem kurkumę na sobie. Czy wie Pani, że kurkuma połączona oczywiście z pieprzem, powodowała u mnie, jako u osoby chorej na mukowiscydozę, dosłownie naprawę, lub częściową naprawę wydzielania śluzu. Nie jestem ekspertem, więc proszę o wybaczenie braku fachowej terminologii.
 
Zamówiłem 1kg kurkumy, do tego pieprz, i dawkowałem to łyżkę co 3h z timerem w ręku (poza snem) przez około 2-3 tyg. Jaki rezultat?
 
Brak kaszlu oraz wydzieliny. Gdy próbowałem coś odkrztusić, płuca czyste. Zatoki zaczęły mi się samoistnie czyścić, smarkając co chwile substancją, która normalnie wydobywała się jedynie poprzez inhalacje donosowe.
 
Niestety - tak jak Pani na blogu opisała, czułem również że coś jest nie tak, zażywanie takich ilości przyczyniło się u mnie jedynie do tego, że stałem się niesamowicie senny na przestrzeni tych kilku dni, miałem bardzo niskie tętno. Na pewno też zanieczyściłem swój organizm przez ten czas.
 
Nie wiem czy produkt kurkumy który zamówiłem będzie miał taki efekt, ale bez efektów ubocznych. Raczej wątpię w takie cuda, bo wydaje mi się że tak jakby proces trawienny takiej ilości kurkumy zawdzięczał właśnie ten brak śluzu.
 
No ale spróbować warto, a zawsze biorąc tą kurkumę długoterminowo wzmocnię swoją odporność, podreperuję dodatkowo mózg i wchłanianie omega 3 na tym skorzysta.
 
Z tego co mi się jednak nasuwa, to mogę dodać, iż w momentach stresujących, cała moc EPA którą zgromadziłem skupiła się na zwalczaniu stresu. W efekcie (mając tak niski poziom omega 3) w 5 sekund poczułem jak oczy ponownie stają się bardzo suche, ogromny ból głowy w lewej części, bardzo zatracenie się i ponowna nieumiejętność skupienia i tak dalej. Zdarzyło mi się to może kilka razy w tym czasie, gdy miałem bardzo stresującą sytuację. Widać zatem, że EPA działa na stres, ponieważ całe moje siły wtedy skupiły się tylko na jego zwalczaniu. Kolejne moje małe odkrycie, to takie iż EPA jest w znacznej ilości potrzebna do odbudowy mięśni po treningu. Sam jestem tego królikiem doświadczalnym, jako że właśnie po treningu który sobie jednorazowo zafundowałem, miałem tygodnie z brakami odporności.
 
 
Chciałbym również powiedzieć, że robi Pani świetną robotę. Naprawdę, wokół jest tyle bzdur, lekarze mają zasłonięte oczy, albo po prostu nie mówią jak się leczyć, bo koncerny farmaceutyczne by zbankrutowały. Wszystko warto sprawdzać i informować się na własną rękę.<<<< 
 
 
Pan Tomasz poruszył między innymi ciekawy temat użyteczności EPA w regeneracji mięśni i zastosowania kurkuminy u osób chorych na mukowiscydozę. Wkrótce podzielę się z Wami garścią informacji z literatury naukowej na te tematy :)

czwartek, 28 września 2017

Mikrobiom i kwasy omega-3

Jako fanka kwasów omega-3 z dużą przyjemnością śledzę najnowszą literaturę naukową na ich temat. Nie tylko utwierdza mnie to niezmiennie od lat w przekonaniu, że odpowiedni poziom kwasów omega-3 to jeden z kluczowych warunków naszego zdrowia. Za każdym razem, gdy czytam publikacje naukowe dotyczące tego tematu rośnie moje serce, bo widzę, że ludzie którzy są najwyższej klasy specjalistami w tej dziedzinie, którzy mnie zainspirowali i których wiedza przysporzyły wiele dobra mnie samej i rzeszy osób, na które "rozprzestrzeniłam" swoją miłość do omega-3 :) byli i są swego rodzaju wizjonerami. Mam tu na myśli założyciela firmy Igennus - doktora Java Nazemi i pracującą z nim doktor Ninę Bailey.
Igennus Heatlhcare Nutrition to brytyjska firma specjalizująca się w najwyższej jakości suplementach z kwasami omega-3, w szczególności z jednym z nich - kwasem eikozapentaenowym (EPA). Ci ludzie to wysokiej klasy specjaliści, którzy wiedzą jak wielkie znaczenie w suplementacji kwasami omega-3 ma to, jak tą suplementację się prowadzi. Niedawno miałam okazję spotkać się osobiście i dość prywatnie z Jav'em w Londynie. Niedługo podzielę się z Wami historią jego przygody z EPA - wiele łączy nas oboje, przede wszystkim osobista bardzo historia, która zmieniła nasze życie zawodowe.
 
Ale dzisiaj nie o tym :)
Dzisiaj o kolejnym, dla mnie rewelacyjnym, odkryciu naukowców.
 
Zapewne wielu z Was otarło się już o hasło mikrobiom. Niektórzy może zdążyli już sprawdzić jaki jest ich mikrobiom i próbują go "naprawić", uzupełnić itp. Wiadomo, że mikrobiom, czyli zestaw bakterii, w naszych jelitach ma wpływ na naszą wagę i na zachorowalność na wiele chorób. Wiadomo również, że na mikrobiom wpływa nasza dieta, styl życia i uwarunkowania genetyczne. Nie będę tu wchodzić w tą tematykę, jest już sporo specjalistów w tym zakresie i można znaleźć dużo publikacji na ten temat. Nowością natomiast są informację, że kwasy omega-3 okazują się w znaczący sposób warunkować skład naszego mikrobiomu niezależnie od tego czy nasza dieta jest bogata w błonnik pokarmowy i inne ważne składniki.
 
Wspomniane badania zostały opublikowane w tym miesiącu w czasopiśmie Nature, jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych czasopism naukowych. Badania przeprowadzono w Wielkiej Brytanii na 876-osobowej grupie bliźniąt, które miały takie same geny i tak samo się odżywiały.
 
Okazało się, że skład ich mikrobiomu był silnie uzależniony od indeksu omega-3.
 
Indeks omega-3 to zawartość długołańcuchowych kwasów tłuszczowych omega-3 (EPA i DHA) w krwinkach czerwonych. Wiadomo, że niski indeks omega-3 związany jest z wieloma problemami zdrowotnymi, w tym zaburzeniami neurorozwojowymi i zaburzeniami zdrowia psychicznego, a także ryzykiem chorób serca. Indeks omega-3 na poziomie 8% i więcej jest idealnym stanem i świadczący o redukcji ryzyka chorób układu kardiowaskularnego. Utrzymanie wysokiego indeksu omega-3 jest równoznaczne z wyciszeniem stanów zapalnych i stresu oksydacyjnego w organizmie, a także z redukcja ryzyka rozwoju depresji i demencji.
 
Teraz okazuje się również, że wysoki indeks omega-3 jest niezbędny do utrzymaniu dużego zróżnicowania w naszym mikrobiomie. Autorzy publikacji uważają, że suplementacja kwasami omega-3 poprawia skład mikrobiomu, a co za tym idzie obniża ryzyko chorób związanych z zaburzeniami mikrobiomu.
 
Swój indeks omega-3 można sprawdzić. Byłam przekonana, że pisałam już o tym jak zrobić to, by wyniki były miarodajne. Sprawdziłam i niestety nie pisałam :/ Zaległości, zaległości... Ktoś ma na zbyciu wolne jakieś kilka miesięcy czasu? Nie? Szkoda :/ Niektórzy z Was przysyłają mi wyniki badań indeksu omega-3 z różnych laboratoriów i okazuje się, że tak naprawdę stracili pieniądze na nie. Napiszę, obiecuję.
 
 
 
Fotka - przepiękny Tower Bridge z wspomnianego Londynu. Do posłuchania ponadczasowy Fleetwood Mac i The Chain - jeden z ulubionych kawałków mojej nastoletniej córki, z Strażników Galaktyki II :)
 
 
 
 

środa, 13 września 2017

Książka "Umysł w ogniu"

Kochani, dzisiejszy post piszę z tego samego powodu, dla którego Susannah Cahalan opisała swoje wspomnienia w książce "Umysł w ogniu" (ang. "Brain on fire"). Autorka sama przyznaje, że powrót do ciężkich chwil, które przeżyła po tym jak zachorowała a zanim zdiagnozowano prawidłowo na co choruje, nie był dla niej łatwy. Warto jednak było się z tym zmierzyć, bo dzięki tej książce, dzięki artykułowi, który Susannah napisała wcześniej, dzięki wywiadom, których udzieliła wiele osób uratowało życie swoim bliskim.
 
 
Ostatnio wykonałam sobie serię badań krwi. Postanowiłam skorzystać z pieniędzy z ubezpieczenia, które od lat jak wszyscy płacę i wykonać je w ramach NFZ, a nie prywatnie. W tym celu udałam się do lekarza pierwszego kontaktu. Ponieważ od lat nie odwiedzałam przychodni, do której jestem zapisana, lekarka, która mnie przyjęła ochoczo wypisała mi skierowania zbulwersowana wręcz, że tyle czasu się nie zgłaszałam. Ja ze swojej strony do tych badań na skierowaniu sama sobie dodałam parę innych. Żeby "uspokoić" lekarkę, że mimo pozostawania tak długo bez opieki przychodni jest ze mną całkiem nieźle ponownie się do niej udałam z wynikami. Kiedy lekarka natknęła się na wyniki badań, które sama sobie zleciłam rzuciła ironicznie "widzę, że internet poszedł w ruch". Grzecznie poinformowałam lekarkę, że jestem biologiem i dietetykiem, i to akurat wiedza z czasopism naukowych. A w duchu pomyślałam, że może gdyby ta lekarka skorzystała z internetu to jej pacjenci, by na tym dużo zyskali. I to nie jest złośliwość - mieszkając w Szwecji widziałam na własne oczy lekarzy "szukających w googlach" odpowiedzi na pytania dotyczące pacjenta, który przed nimi siedział. Nie mieli z tym żadnego problemu i nie było to przejawem ich ignorancji, a raczej dbałości o to, by pomóc pacjentowi jak najrzetelniej.
 
Bardzo znamienne są słowa lekarza, który uratował życie Susannah Cahalan, stawiając właściwą diagnozę i podejmując niemal w ostatniej chwili odpowiednie leczenie. "Trzeba mieć pokorę i otwarte oczy" - stwierdził doktor Souhel Najjar. Oj, jak bardzo tej pokory czasem brakuje...
 
 
Z okładki książki: "Umysł w ogniu" to niezwykłe wspomnienia młodej dziennikarki New York Post (...) Z dnia na dzień młoda, ambitna kobieta u progu kariery zawodowej przestaje panować nad swoim umysłem. Widzi pluskwy, podejrzewa swojego chłopaka o zdradę, nie wywiązuje się z obowiązków zawodowych. Lekarze kładą to na karb stresu i nadużywania alkoholu. Kiedy objawy się nasilają do tego stopnia że dziewczyna staje się sama dla siebie zagrożeniem, trafia do szpitala. Niewiele brakuje, by znalazła się na oddziale zamkniętym. Na szczęście jej przypadkiem interesuje się dr Najjar, żartobliwie zwany dr Housem, który nie wierz w chorobę psychiczną pacjentki. Wykonuje prosty test i ratuje jej życie. Ta historia pozostawia po sobie niepokojące pytanie: ilu osobom postawiono błędną diagnozę?
 
 
Szacuje się, że w 2009 roku, kiedy leczono Susannah, 90 procent osób cierpiących na tą samą chorobę było  niezdiagnozowanych. Susannah było 217 osobą na świecie, u której zdiagnozowano autoimmunologiczne zapalenie mózgu z przeciwciałami przeciwko receptorowi NMDA.
 
 
Większość książki jest opisem wspomnień Susannah z okresu zanim postawiono właściwą diagnozę i z samego leczenia. Pod koniec książki Susannah pisze również o efektach swoich dociekań dotyczących tego, co obecnie wiadomo na temat tej choroby i o swoich przemyśleniach dotyczących systemu medycznego, którego niemal stała się ofiarą. 
 
 
Oto kilka krótkich fragmentów z tej części książki. Słów, które z jednej strony brzmią złowieszczo, ale również dają nadzieję.
 
(...) Doktor Najjar idzie dalej w swoich przypuszczeniach dotyczących związku między chorobami autoimmunologicznymi a psychicznymi. W swoich nowatorskich badaniach wykazuje, że niektóre formy schizofrenii, zaburzeń afektywnych dwubiegunowych, chorób obsesyjno-kompulsywnych czy depresji są w istocie wywoływane stanami zapalnymi mózgu.(...)
 
(...) To co niemal natychmiast przykuło moją uwagę to chyba największa tajemnica: jak wiele osób w przeciągu całej historii cierpiało na moją chorobę i inne podobne do niej, lecz nie było leczonych? To pytanie jest bardziej palące przez świadomość, że nawet jeśli choroba została odkryta w 2007 roku to niektórzy lekarze, z którymi rozmawiałam, uważają, że jest co najmniej tak wiekowa, jak sama ludzkość. (...)
 
(...) Obecne badania wykazują, że około 40 procent pacjentów, u których zdiagnozowaną tą chorobę to dzieci, lecz u nich przypadłość ta wygląda inaczej niż u dorosłych: cierpiący na nią młodzi pacjenci wykazują takie zachowania, jak napady złości, uporczywe milczenie, hiperseksualność oraz przemoc. (...) Choroba u dzieci bywa często błędnie diagnozowana jako autyzm, ale w zależności od miejsca oraz kiedy dana osoba żyła, może zostać opisana jako coś nadprzyrodzonego, a nawet diabelskiego. (...)
 
(...) Kiedy zbierałam materiały do swojego artykułu, byłam ciekawa punktu widzenia doktora Baileya, neurologa, który stwierdzi, że moje problemy wynikały z odstawienia alkoholu i stresu, aby dowiedzieć się, co sądzi o ostatecznej diagnozie. Jednak kiedy się do niego dodzwoniłam, okazało się, że w dalszym ciągu nie słyszał nigdy o chorobie, mimo że moja diagnoza była omawiana w prawie każdym znaczącym czasopiśmie medycznym, w tym w New England Journal of Medicine czy w New York Times.... Doktor Bailey uważany za jednego z najlepszych neurologów  kraju, nigdy o niej nie słyszał. Skoro żyjemy w czasach, gdy odsetek błędnych diagnoz w Stanach Zjednoczonych nie maleje od 1930 roku, to pojawia się nauczka, jak bardzo ważne jest każdorazowe uzyskanie drugiej opinii. Być może pod wieloma względami doktor Bailey jest doskonałym lekarzem, jednak w pewnym sensie jest również doskonałym przykładem tego, jak źle dzieje się w medycynie. Byłam dla niego jedynie numerkiem (a jeśli przyjmował po trzydziestu pięciu pacjentów dziennie, jak mi wyjaśnił, oznacza to, że byłam jednym numerem z bardzo dużej liczby). (...) Doktor Bailey nie jest wyjątkiem od reguły. Jest regułą. Ja jestem osobą, która jest wyjątkiem. Jestem osobą, która ma szczęście. Nie prześliznęłam się poprzez system, który jest stworzony do pomijania przypadków takich, jak mój - przypadków, które wymagają czasu i cierpliwości oraz spersonalizowanej uwagi. (...)
 
(...) Chociaż zapalenie mózgu z przeciwciałami przeciwko receptorowi NMDA występuje rzadko, to należy do jednej z ponad stu różnego rodzaju chorób autoimmunologicznych dotykających szacunkowo 50 milionów osób w Sanach Zjednoczonych - oszałamiającą liczbę ludzi, która wzrosła ponad trzykrotnie w ciągu ostatnich trzech dekad. (...)
Doktor Dalmau i jego współpracownicy rozpoznali również inne autoimmunologiczne typy chorób, w których przeciwciała atakują receptory występujące w mózgu, czyniąc z tego rodzaju zapalenia typ wciąż rzadki, choć już nie wyjątkowy. (...) Pracownia doktora Dalmau zidentyfikowała sześć innych rodzajów przeciwciał, które zwalczają różne receptory w mózgu, oprócz receptora NMDA, który był obiektem ataku w moim przypadku. Ta liczba rośnie. Doktor Dalamu szacuje, że kiedy weźmie się pod uwagę wszystkie choroby, to może być ich ze dwadzieścia albo i więcej. Odkrycia te w końcu dadzą nazwy przypadłościom niejasno określanym jako "zapalenie mózgu o nieznanym pochodzeniu" lub "psychoza niezdiagnozowana inaczej" oraz tym nie mającym żadnej nazwy.(...)
 
(...) Któregoś dnia Emily, studentka drugiego roku w college'u (...), nagle zaczęła szybko mówić i dostała paranoi (...)
Mniej więcej w tym czasie siostra Billa (ojca Emily), Mary, zobaczyła mnie w programie Today ... Wysłała Billowi nagranie, które przekazał je wraz z moim artykułem w Post psychiatrze Emily. ... psychiatra (...) wydawał się być szczerze obrażony sugestiami, jakoby mógł coś ominąć. Trzeba pogodzić się z aktem, że pańska córka cierpi na chorobę psychiczną - powiedział. Po 21 dniach w Instytucie Emily przeszła leczenie ambulatoryjne i wróciła do szkoły (...). Wyglądało na to, że przezwyciężyła problem, cokolwiek to było, dopóki nie wróciła do domu na przerwę wiosenną, kiedy jej fizyczne i poznawcze problemy nagle stały się niebezpiecznie poważne. (...) Emily niezwłocznie przewieziono do pobliskiego szpitala, gdzie lekarz poinformował rodziców, że rezonans magnetyczny przeprowadzony rok wcześniej wykazywał zapalenie mózgu. Był to fakt, którym poprzedni lekarze nie podzielili się z rodzicami Emily. (...) U Emily w mózgu utworzył się skrzep krwi, który wywoł półtoragodzinny atak epilepsji. Choć ciałem Emily leżącej na sali obok wstrząsały drgawki, Bill wepchnął mój artykuł do rąk  dyżurującego neurologa. Przeczytaj to. Teraz - rozkazał. Lekarz przeczytał go w obecności Bill, schował do kieszeni i zgodził się przeprowadzić badania pod kątem tej rzadkiej choroby autoimmunologicznej. (...) Dzięki intensywnej kuracji steroidami oraz chemioterapii Emily wróciła na studia. Obecnie jest w 100 procentach zdrowa i w 2012 roku ukończyła ostatni semestr college'u. Jej ojciec podczas rozmowy telefonicznej powiedział mi: Nie chciałbym, aby brzmiało to patetycznie ale... Mówię poważnie, gdybyśmy nie dali tego artykułu do przeczytania lekarzowi, ona by nie przeżyła. (...)
 
 
 "Jak bardzo ważne jest każdorazowe uzyskanie drugiej opinii" - uniwersalna prawda mająca zastosowanie przy każdym schorzeniu. I czasem nie wystarczy "druga" opinia, potrzebna jest trzecia i czwarta...
 
Na zdjęciach Susannah Cahalan. 

sobota, 19 sierpnia 2017

Cholesterol - ważny, czy nieważny?

Kochani, dzisiejszy wpis jest nieco przewrotny :) 
Przez ostatnie miesiące udostępniałam Wam moje artykuły z 12-stoczęściowej serii "Ciało - cudowny mechanizm", które ukazywały się co miesiąc w miesięczniku Moda na Zdrowie w 2014 roku. Znajdziecie je w zakładkach z tytułami na górze strony.
Dzisiaj dzielę się z Wami artykułem, który napisałam dla tego miesięcznika i który NIE został opublikowany :)
Uznałam, że to całkiem dobry powód, żeby go jednak opublikować ;)
 
A tak serio to wróciłam do tego swojego tekstu, bo widzę z rozmów z Wami, że choć temat niby "nie pierwszej świeżości", dotyczy czegoś co wiadomo, o czym już wielokrotnie pisano i mówiono to jednak nadal istnieje duża potrzeba tłumaczenia, wyjaśniania i systematyzowania tej problematyki.
 
Tak więc zapraszam dziś do artykułu o cholesterolu - naszym wielkim przyjacielu. Tak, to nie żart i nie ironia. Przyjaciel. Nie dość, że bez niego nie da się żyć, to jeszcze wiele mówi nam o stanie naszego organizmu. Zachęcam do przeczytania artykułu do końca, bo wbrew wrażeniu, jakie można mieć po przeczytaniu początku, wyników profilu lipidowego nie należy ignorować. 
                                   
 
Dlaczego warto spożywać produkty bogate w cholesterol i nasycone kwasy tłuszczowe?

Poprawiają naszą odporność, wzmacniają układ nerwowy, zapewniają zdrowie płuc, wspomagają wątrobę, zapewniają mocne kości i prawidłową gospodarkę hormonalną, zmniejszają ryzyko zachorowania na choroby serca.
Brzmi dziwnie? Jednak żadne z tych stwierdzeń nie jest żartem.

Nasycone kwasy tłuszczowe odgrywają znaczącą rolę w funkcjonowaniu układu odpornościowego. Niedobór tych kwasów skutkuje nieefektywnością białych krwinek w rozpoznawaniu, a co za tym idzie w zwalczaniu patogennych bakterii, wirusów i grzybów w naszym organizmie.

Nasz centralny system nerwowy zbudowany jest głównie z cholesterolu i tłuszczu. Większość kwasów tłuszczowych obecnych w mózgu to nasycone kwasy tłuszczowe. Nasycone kwasy tłuszczowe odgrywają rolę w przekazywaniu informacji przez komórki nerwowe, a cholesterol w procesach zapamiętywania. Ich niedobór uniemożliwia optymalne funkcjonowanie układu nerwowego.

Powierzchnię pęcherzyków płucnych od strony mającej kontakt z powietrzem pokrywa surfaktant, który w 100% składa się z nasyconych kwasów tłuszczowych. W razie niedoboru nasyconych kwasów tłuszczowych, nasz organizm wykorzystuje do produkcji surfaktantu nienasycone kwasy tłuszczowe. Jednak surfaktant o zmienionym składzie sprzyja zaburzeniom oddychania.

Nasycone kwasy tłuszczowe chronią wątrobę przed uszkodzeniami w wyniku spożywania przez nas alkoholu czy niektórych leków (np. powszechnie stosowanych i dostępnych również bez recepty niesteroidowych środków przeciwzapalnych).

Nasycone kwasy tłuszczowe są również niezbędne do prawidłowego wbudowywania wapnia w nasze kości. Z kolei cholesterol jest prekursorem wszystkich hormonów steroidowych i witaminy D3. W celu zapewniania zdrowych kości nasycone kwasy tłuszczowe powinny stanowić przynamniej 50% wszystkich kwasów tłuszczowych w naszej diecie.

Zwiększenie ilości nasyconych kwasów tłuszczowych w diecie powoduje obniżenie poziomu lipoproteiny A w krwi. Poziom tej substancji wykazuje związek ryzykiem zachorowania na choroby serca.

Zwłaszcza ostatnie stwierdzenie zapewne u wielu osób wywoła osłupienie. Jak to?!
 
Tłuszcze nasycone i cholesterol mają być zdrowe? Przecież zgodnie z powszechnym i intensywnie nam przypominanym przez lekarzy, firmy farmaceutyczne i firmy produkujące oleje roślinne przekonaniem tłuszcze nasycone i cholesterol to miażdżyca i zawały serca. Zgodnie z tym, co mówi tzw. koncepcja „dieta-serce”, nazywana też „hipotezą lipidową”, choroba wieńcowa serca jest powodowana miażdżycorodną dietą, skutkującą wysokim poziomem cholesterolu w krwi. Przez dietę miażdżycorodną rozumie się dietę bogatą w cholesterol i tłuszcze nasycone obecne głównie w produktach zwierzęcych i ubogą w oleje roślinne oraz warzywa i owoce, a poziom cholesterolu w krwi ma być wskaźnikiem ryzyka zachorowania na chorobę wieńcową. W związku z tym znaczące ograniczenie lub wyeliminowanie z diety tłuszczy nasyconych i cholesterolu ma spowodować obniżenie poziomu cholesterolu w krwi i tym samym zmniejszyć ryzyko zachorowania na tą groźną dla życia chorobę. Jeśli mimo restrykcyjnej diety poziom cholesterolu w krwi jest nadal „zbyt wysoki” zaleca się dodatkowo leki obniżające poziom cholesterolu.

Pierwsze co powinno nas zastanowić to to, jak to możliwe, że u wielu osób, które całkowicie wyeliminowały cholesterol ze swojej diety, jego poziom w krwi jest nadal wysoki.
 
Fizjologia człowieka z powodzeniem wyjaśnia to zjawisko. Podaje ona, że duża ilość cholesterolu w pożywieniu skutkuje zahamowaniem jego produkcji przez naszą wątrobę. Zaś ewentualny nadmiar spożytego cholesterolu jest wydalany z żółcią. Jednak cholesterol w diecie ma niewielki, jeśli w ogóle, wpływ na poziom cholesterolu we krwi ponieważ jeśli nie dostarczamy cholesterolu w pożywieniu, produkuje go nasza wątroba. Ponadto, cholesterol produkowany jest przez wątrobę z glukozy

Wspomniana „hipoteza lipidowa” znajduje swój początek w analizie ówcześnie dostępnych badań, przeprowadzonej przez doktora Ancel’a Keys’a z Uniwersytetu w Minnesocie.
W 1958 roku opublikował on wykres, który pokazywał zadziwiająco silną zależność poziomu cholesterolu w krwi od ilości tłuszczu w diecie. Niestety tworząc swoją teorię dr Keys „zapomniał” dodać, że tak silna zależność cechowała wyniki badań pochodzących jedynie z 7 krajów, podczas gdy cała jego analiza obejmowała 22 kraje. Dr Keys po prostu wykluczył z analizy te grupy populacji, które nie pasowały do jego teorii. Co gorsza, w jego artykule, w którym sformułował swoją teorię, nie sposób znaleźć odnośników do omawianych przez niego badań, na podstawie których ją stworzył.
 
Pierwszym naukowcem, który zakwestionował teorię Keys’a był amerykański profesor biochemii Raymond Reiser. Zauważył on, że w wielu opisywanych przez Keys’a badaniach nie używano okrzykniętego niezwykle groźnym tłuszczu nasyconego z masła i smalcu, ale oleju roślinnego nasyconego przez uwodornienie, proces, w którym powstają tłuszcze trans, wywołujące stany zapalne i w efekcie tego powodujące wzrost poziomu cholesterolu.
 
W późniejszym czasie wielokrotnie kwestionowano zasadność „hipotezy lipidowej”, a wyniki wielu badań wręcz jej zaprzeczały. Jednak oparta na wątpliwej jakości poszlakach teoria doktora Keys’a okazała się być tak niezwykle „przekonująca” i wygodna, że funkcjonuje do dzisiejszego dnia. Nie zaszkodził jej artykuł Gary’ego Taubes’a, amerykańskiego dziennikarza naukowego, laureata wielu międzynarodowych nagród za artykuły poświęcone wyjawianiu błędów i słabych stron badań naukowych. Przeanalizował on tysiące raportów rządowych i sądowych, przestudiował literaturę i odbył wiele rozmów z naukowcami, a następnie w szacownym czasopiśmie Science opublikował artykuł demaskujący „hipotezę lipidową” jako naukowo nieuzasadnioną.
Nie pomógł również raport naukowców ze Szkoły Medycznej w Harwardzie, którzy przeanalizowali badania dotyczące cholesterolu i nie znaleźli żadnej zależności pomiędzy spożywaniem produktów go zawierających, a chorobami serca (opis tego raportu ukazał się również w polskiej prasie).
Uffe Ravnskov, lekarz ze Szwecji, opublikował książkę, która jest metaanalizą badań dotyczących cholesterolu (polski tytuł „Cholesterol – naukowe kłamstwo”), a wcześniej opublikował ponad 40 artykułów w cenionych na świecie czasopismach naukowych i medycznych, w których krytykuje powszechny pogląd, że to cholesterol wywołuje choroby serca.
Ewentualne powody tak dużego „zaufania” do „hipotezy lipidowej” pozostawię do rozważenia czytelnikowi.

Wbrew powszechnym poglądom cholesterol nie jest ani chorobą, ani przyczyną chorób.
 
Natomiast wzrost jego poziomu w krwi wskazuje na zwiększone zapotrzebowanie na niego naszego organizmu w związku z uszkodzeniami komórek i koniecznością ich naprawy. Przyczyną uszkodzeń są stany zapalne pojawiające się w naszym organizmie np. w efekcie diety bogatej w substancje prozapalne. Należą do nich: 
  •  cukry proste – glukoza i fruktoza, również ta obecna w owocach, 
  • oleje roślinne bogate w kwas omega-6, kwas arachidonowy (AA),
  • podgrzewane płynne oleje roślinne – przyspieszenie i zintensyfikowanie przez wysoką temperaturę utleniania nienasyconych kwasów tłuszczowych skutkuje powstawaniem ogromnych ilości niekorzystnych, jeśli występują w nadmiarze, wolnych rodników,
  • utwardzone oleje roślinne - są bogate w tłuszcze trans.
 
Przyczyną stanów zapalnych jest również nieprawidłowy stosunek kwasów omega-6 do omega-3 w diecie. Powinien on wynosić 2:1, a u większości osób stosujących zachodnią „zdrową” dietę wynosi 20:1.
Ryzyko stanów zapalnych zwiększają również inne czynniki stresowe, od stresu chemicznego poczynając (np. palenie papierosów) i na stresie psychicznym kończąc, jak również niedobory pewnych witamin.
Już od ponad 30 lat wiadomo, że również miażdżyca jest chorobą zapalną, powodowaną przez stany zapalne w ścianie i śródbłonku tętnic. Farmakologiczne obniżanie poziomu cholesterolu w krwi uniemożliwia procesy naprawcze wszędzie tam, gdzie są one potrzebne.
Nasza profilaktyka chorób, w tym chorób serca i układu krążenia, powinna więc skupiać się na zmniejszaniu ryzyka i leczeniu stanów zapalnych, a nie na obniżaniu cholesterolu.
 
 
Jak już wspomniałam sam cholesterol nie jest przyczyną chorób, ale jego poziom jest informacją o tym, co dzieje się w naszym organizmie.
 
 
Przy czym znaczenie ma nie tyle ogólny poziom cholesterolu, ale stosunek HDL do LDL.
HDL został potocznie nazwany dobrym cholesterolem, a LDL złym cholesterolem jednak zarówno HDL, jak i LDL nie są cholesterolem, a kompleksem cholesterolu z białkiem. Substancje o fizycznych właściwościach tłuszczy (a cholesterol do nich należy mimo, że z chemicznego punktu widzenia jest alkoholem) są nierozpuszczalne w wodzie. Stąd mogą one być transportowane w organizmie jedynie w postaci kompleksów z białkami, które są łatwo rozpuszczalne w wodzie. Skrót HDL pochodzi od angielskiego high-density lipoprotein (lipoproteina wysokiej gęstości), a LDL – low-density lipoprotein (lipoproteina niskiej gęstości). Cholesterol jest jeden, nie istnieje dobry i zły cholesterol. Ta potoczna nazwa związana jest z odmiennymi funkcjami pełnionymi przez kompleksy białek z cholesterolem.
HDL nazywany jest dobrym ponieważ jest odpowiedzialny za usuwanie cholesterolu z tkanek, również z ścian tętnic i jego transport do wątroby. Natomiast LDL transportuje cholesterol z wątroby do innych tkanek, w tym do ścian tętnic, jeśli jest taka potrzeba. Z tego powodu w związku z obowiązującą „hipotezą lipidową” LDL nazywany jest złym cholesterolem. Stosunek HDL do LDL nie jest czynnikiem ryzyka chorób serca, wskazuje jednak na to jak organizm radzi sobie z usuwaniem stanów zapalnych, które odgrywają kluczową rolę również w chorobach serca.
Nie dajmy się zwieść poglądom, że im bardziej uda nam się obniżyć poziom cholesterolu we krwi tym lepiej. Obniżając cholesterol farmakologicznie narażamy się na postępującą degenerację naszego organizmu. Pozostawmy naszemu organizmowi decyzję o tym, ile potrzebuje w danym momencie cholesterolu. Zadbajmy jednak o to, by nasz organizm wzmocnić, dostarczyć mu potrzebnych substancji odżywczych oraz by niewłaściwą dietą i niewłaściwym trybem życia nie wywoływać w nim stanów zapalnych.
 
Literatura:

 - Keys A i inni (1958). Lessons from serum cholesterol studies in Japan, Hawaii and Los Angeles. Ann Intern Med 48:83-94
- Ravnskov U (2009). Cholesterol –naukowe kłamstwo. Wydawnictwo WGP, Warszawa
- Sheng R i inni (2012). Cholesterol modulates cell signaling and protein networking by specifically interacting with PDZ domain-containing scaffold proteins. Nat Commun 4:1249-1269
- Singh-Manoux A i inni (2008). Low HDL cholesterol is a risk factor for deficit and decline in memory in midlife: the Whitehall II study. Arterioscler Thromb Vasc Biol 28:1556-1562
- Taubes G (2001). The soft science of dietary fat. Science 291:2536-2545
 
 
Zdjęcie dziś też przewrotne - mnie samej :) Żebyście mieli aktualne ;) Ale utworu do posłuchania w wykonaniu mnie samej Wam oszczędzę :). Do posłuchania Ane Brun, norweska wokalistka o absolutnie zjawiskowym głosie i wrażliwości, w piosence również norweskiej "kultowej", swego czasu, grupy a-ha - Hunting high and low. Czy ktoś jeszcze pamięta ten zespół? :) Słuchając tego wykonania, tego utworu z nostalgią wspominam przemiły czas z moimi polskimi przyjaciółmi w Szwecji, Justyną i Radkiem, którzy również uwielbiają Ane i a-ha. Tęsknię za Wami!
 
Szwecja, pierwszy kraj który odrzucił dogmaty dotyczące tłuszczu
Cholesterol 
Czy cierpię na niedobór kwasów omega-3